środa, 18 października 2017

W Świątyni Światła


Wychodząc ze Świątyni Księżyca, usłyszałem ciche szmery. Nie zwlekając ani chwili, postanowiłem je sprawdzić. Wyciągnąłem łuk, napiąłem cięciwę i ostrożnym krokiem zbliżałem się do miejsca, skąd dochodziły tajemnicze odgłosy. Moim oczom ukazał się przywiązany do drzewa śnieżnej maści koń. Spojrzałem na niego. Miał czarną, długą grzywę i błękitne oczy. Przystawał z nogi na nogę, lecz gdy usłyszał moje kroki, uspokoił się i bacznie obserwował okolicę. Nasze spojrzenia spotkały się. Patrzył na mnie pewnym siebie wzrokiem. Postanowiłem podejść bliżej do zwierzęcia, koń zaczął nerwowo się poruszać. Odłożyłem broń. Wierzchowiec uspokoił się. Niepewnym ruchem położyłem dłoń na jego grzbiecie. Zwierzę nie zwróciło na to uwagi. Jego sierść była bardzo zadbana i miła w dotyku. Odczekałem chwilę i odciąłem sznur. Zabrałem łuk i pewnym skokiem dosiadłem konia. Wyciągnąłem jedną z map, na której widniała droga prowadząca do celu - Świątyni Światła. Wyruszyłem w podróż.
Po kilku dniach znalazłem się po drugiej stronie Kanionu Westa, przede mną aż po horyzont rozciągała się pustynia. Schodząc z wzniesienia, omijając kamienie, czułem tylko determinację, mając przed oczyma obraz umierającej rodziny… Wszędzie leżały ciała. Nikt już nie wiedział, kto jest wrogiem. Szał zabijania ogarnął wszystkich, tak jakby coś nimi kierowało... . Pragnąłem zemsty.
            Moje przemyślenia przerwał przenikliwy pisk. Jakieś wołanie? Płacz? Dostrzegłem szybko poruszającą się postać. Postanowiłem pobiec za nią. Niestety, nie udało mi się jej dogonić. Była zbyt szybka. W oddali stała wspaniała świątynia. Nareszcie! Jednak radość moja była krótka. Wokół niej znajdował się głęboki wąwóz Barranca del Cobre porośnięty kolczastymi krzewami. Czekała mnie trudna przeprawa. Nagle straciłem grunt pod nogami. Przeklęty kamień! Teraz czułem tylko podmuch powietrza, spadałem. Przy zetknięciu z ziemią mój bark przeszył ogromny ból. Z trudem podniosłem się. Kiedy rozglądałem się dokoła, zobaczyłem ogromne, nieregularne głazy. Czy to…? Tak! Znalazłem przejście! Czy właściwe? Może na mapie będzie podpowiedź?
Według wskazówek zejście znajdowało się za posągiem bogini Toci. Dotknąłem lewą ręką jej prawej stopy, monument przesunął się w bok, ukazując schody. Kierując się w dół, zastanawiałem się, dokąd mnie zaprowadzą.
Po pewnym czasie oślepiło mnie światło i byłem przekonany, że jestem blisko celu. Zgodnie z mapą, świątyni strzegli magowie. Miałem nadzieję, że opowiadając im historię o wypędzeniu najeźdźców i uratowaniu mieszkańców Tenochtitlán, wejdę do środka.
- Czego chcesz, przybyszu!?- zaskoczył mnie tubalny głos. Blask pochodni sprawił, że nic nie dostrzegałem. Sparaliżowany strachem nie potrafiłem się poruszyć ani wydusić z siebie żadnego słowa. Po chwili już wiedziałem…. Stałem przed obliczem wyznawcy Nahui Quiahuitl. Mag sprawiał groźne wrażenie. 
- Wtargnąłeś na ziemie święte! Narażasz się na niebezpieczeństwo!
- Pozwól mi wyjaśnić… Nie mam złych zamiarów.  Zwą mnie Cichy Jaguar. Przybywam z Tenochtitlán zawładniętego przez Quetzalcoata. Okazał się on tyranem. Niemal wszyscy jego przeciwnicy zginęli… Ocalało niewielu, w tym ja… Szukam pomocy
- Czegóż oczekujesz od nas, strażników Świątyni Światła? Nie mamy władzy nad bóstwem…
- Jedynie wy możecie mi pomóc. Jak głosi legenda, w Świątyni Światła znajduje się skarb, który może przynieść wolność mojemu miastu. To wy, magowie, jesteście jego strażnikami…
-  Skąd możemy być pewni, że mówisz prawdę? Czy masz jakiś dowód?
- W Świątyni Księżyca, z której przybywam, znalazłem tajemniczą skrzynkę. W niej ukryta była księga.. Oto ona…
Mój rozmówca wziął ją w swoje dłonie  i uważnie zaczął przeglądać. Jego kamienna twarz nie zdradzała żadnych emocji… Z niecierpliwością czekałem na decyzję. Miałem nadzieję, że mi uwierzy…
Po chwili mag skończył i rzekł:
-  Teraz ci wierzę, ale sam nie jestem w stanie ci pomóc. Chodź ze mną.
Ruszyłem bez zastanowienia, ufając, że mi pomoże. Prowadził mnie ciemnymi korytarzami, co jakiś czas mijaliśmy płonące pochodnie. Dzięki nim mogłem dostrzec niezrozumiałe dla mnie znaki na ścianach. W końcu dotarliśmy do miejsca, w którym dwie ogromne kolumny, a przed nimi stali strażnicy. Jeden z nich, po krótkiej rozmowie z moim przewodnikiem, pociągnął dźwignię schowaną za filarem. Otworzyło się ogromne wejście do komnaty. W niej zgromadzeni byli pozostali magowie.
- Czekaliśmy na ciebie - zwrócił się do mnie najwyższy z mężczyzn.
- Oto klucz do tajemnego pomieszczenia, w którym znajdziesz to, czego szukasz.
Magowie rozstąpili się, ukazując olbrzymie drzwi. Już wiedziałem, dokąd mam się kierować. Z trudem je pchnąłem.
- Jestem w skarbcu- pomyślałem. Na znajdującym się w jego centralnej części  ołtarzu dostrzegłem zwinięty pergamin.
- Oto rozwiązanie moich problemów


poniedziałek, 16 października 2017

PSP 1 w Zdzieszowicach II edycja- powieść detektywistyczna

Następnego dnia, Will obudził się zaraz po wschodzie słońca. Po raz pierwszy od wielu dni czuł, że trafiła mu się sprawa godna jego osoby. Był tak podekscytowany, że zapomniał nawet o śniadaniu, które i tak składało się tylko z chleba i kwaśnego dżemu wiśniowego. Nie myśląc już o niczym innym, wsiadł do pociągu, aby za dziesięć minut znaleźć się przed budynkiem muzeum. Tam, razem z Smithem, jego nowym asystentem miał rozwiązać sprawę kradzieży. Nie myśląc o niczym innym, przyśpieszył kroku. W wejściu zauważył czekającego Smitha. Kupując przewodnik, udał się do sklepiku, by zaspokoić swój głód. Po zakupieniu drożdżówki, udał się do holu. Jedząc, po wejściu w podejrzanie nie oświetlony zakamarek budowli. Nie uszedł daleko, a do jego uszów dotarł przeraźliwy krzyk. Poszedł więc sprawdzić, co go tak ogłuszyło. Dotarł do ściany, która spowita była dziwnym cieniem, jakby ktoś z tego zakątka światło na zawsze zabrał. Jako doświadczony detektyw, miewał już wiele takich przypadków, lecz ten wydawał się  iście niewiarygodny, ściana bowiem, przy każdym kroku w jej stronę, zapadała się w czeluście muzeum. Po wielu próbach, udało mu się dotrzeć do samej ściany. Przyjrzał się jej z bliska, ale jedyne, co zdołał zobaczy, to tylko cegły, i odpadający z nich tynk. Nie wyglądała na jakąś magiczną, lecz w samym jej bycie było czuć narastającą grozę. Pozostało mu tylko jedno;  iść i zobaczyć, jaką otchłań może skrywać za sobą. Pchnął ją, ale nie ustępowała, pchał więc mocniej, lecz mur nadal stał na swym miejscu! Przypomniała mu się nagle sztuczka, którą nauczyła go pewna szamanka z Peru. Dotknął jej kantów, następnie posunął z lekka do przodu. Udało mu się. Po wielkim wysiłku, mur ustąpił, ukazując przed Will’em swoje wnętrze, a raczej ciemność, w której zgasłaby każda, choćby i największa, lampa. Zaintrygowany, postawił krok do przodu, by penetrować tajemnicze pomieszczenie.  Nie nacieszył się tym długo, ponieważ spadł. Niewiadome mu było, gdzie spadł, lecz podłoże było śliskie i lepkie. Nigdy by nie pomyślał, że w zwykłym, Londyńskim muzeum, skrywałoby się tyle zagadek do rozwiązania. Wstał,  by zbadać to miejsce, lecz po raz kolejny coś go ogłuszyło, tym razem był to płacz, jakby dziecka, które zgubiło swą matkę. Chciał pomóc, zrobić cokolwiek, byleby to zakończyć. Na jego nieszczęście , płacz ciągle narastał, a wtem dołączył do niego śmiech. Szyderczy śmiech, którego echo już mroziło serce ze strachu. [nazwisko Willa] myślał, że jeszcze tylko chwila, może przestanie, na próżno błagał, bo tylko pogarszał swoją sytuację. Uwięziony we własnej głowie, próbował uciec od tego wszystkiego. Nie chciał rozwiązać taj zagadki. Chciał uciec, być jak najdalej stąd. Żałował, że przyjął zlecenie.
- A niech was! Niech to przestanie! –lamentował w niebogłosy, lecz Bóg nie raczył mu pomóc. Zaczęły nawiedzać go myśli, że jeśli  to nie umilknie, zwariuje ty, postrada rozum. I, gdy tak myślał, przyzwyczajał się do szaleństwa, wszystko ucichło. Tak nagle. Jakby ktoś usłyszał jego zawodzenie, płacz i agonię.  Cały we łzach wzruszenia, po raz kolejny, obiecał sobie, że gdy tylko zobaczy wybawiciela, podziękuje mu, jak tylko może. Wielkie było jego zdziwienie, gdy z mroku wyłonił się…Smith.
-Nie…






niedziela, 15 października 2017

Gospoda

W pudełku znajdowała się mapa oraz kluczyk podobny do tego, który znalazł Marek na drzewie tego samego dnia. Niewiele zastanawiając się, włożył mapę i klucz do szkatułki i zamknął ją z powrotem. Postanowił, że zapamięta to miejsce i postara się sprawdzić, czy nie przydadzą m się te przedmioty. Wstał i ruszył w drogę powrotną do chatki.
                                                    Tajemniczy nieznajomy               

      Rozejrzałam się wokoło i nagle zorientowałam się, że jestem w miejscu, którego nie znałam nigdy wcześniej. Postanowiłam zapytać Armina, czy jest pewien, że wróciliśmy tym samym korytarzem.
-Armin!!! Mówiłeś, że to ten właściwy korytarz. Gdzie ty mnie zaprowadziłeś!? – krzyknęłam z płaczem w głosie. Czułam, że dolna warga zaczęła mi drżeć, a do oczu napływały łzy. Nie były to jednak łzy szczęścia. 
-Spoko luz mała, chyba masz rację, ale nie ma sytuacji bez wyjścia. – mój brat jak zwykle pozostawał w doborowym nastroju.
       Ja nie byłam taka pewna. Ogarniał mnie lęk o siebie i o brata. Przestraszona zaczęłam krzyczeć i rozglądać się za osobą, która zna okolicę. Nikt mnie nie rozumiał, lecz moją uwagę przykuł mężczyzna w długim, białym płaszczu, który spoglądał na nas zza drzewa. Jego twarz ukryta była pod wielkim kapturem. Postanowiłam pomachać do niego ręką. Kiedy nieznajomy podszedł bliżej, zauważyłam znajome znaki na jego szacie. To były te same hieroglify, co przy wejściu do piramidy.
-Ej patrz! Znam te znaki! To one doprowadziły nas do klucza! – mój brat jak zwykle wykazał się sprytem i intelektem. 
– Pomyślałam o tym samym! -  nasz bliźniaczy instynkt nas nie zawiódł. Teraz już naprawdę nie było mi do śmiechu. „W co my się wpakowaliśmy? I o co chodzi?” - pytałam siebie w myślach.
Podejdźmy do niego, może dowiemy się czegoś ciekawego. - powiedział Armin.
 - Zgoda.- odpowiedziałam z drżeniem serca.
      Z duszą na ramieniu podeszliśmy do mężczyzny i jeden przez drugiego zaczęliśmy pytać co to za miejsce, kim jest i co oznaczają hieroglify na jego szacie. Popatrzył na nas jakbyśmy byli obłąkani, po czym zaczął wymachiwać do nas rękoma, lecz po chwili wyjął zza pazuchy notatnik i energicznie zaczął w nim coś rysować. Staliśmy jak wryci, wpatrując się w zeszyt, bo w szybkim tempie pojawiały się  w nim kolejne znaki, które nic dla nas nie znaczyły. W notatkach mnóstwo było strzałek, więc szybko zorientowaliśmy się, że znaki pokazują drogę, w którą mamy się udać.  
       Szliśmy za mężczyzną z wielkim lękiem, bo cały czas nic nie mówił i nie pokazywał swojej twarzy. Wędrówka coraz bardziej się przedłużała, byliśmy zmęczeni, głodni i źli, a po plecach przechodził nam zimny dreszcz. Czuliśmy, że jesteśmy przyparci do muru, ponieważ wiedzieliśmy, że i tak nikt inny nam nie pomoże. Ślepo szliśmy za nieznajomym chociaż zapadał już zmrok.  W oddali widać było  niewielkich rozmiarów szałas. Gdy podeszliśmy bliżej szałasu, zauważyliśmy na nim te same hieroglify, co na piramidzie i szacie. Doszliśmy do miejsca, w którym nareszcie mogliśmy odpocząć. Mimo obaw na naszych twarzach pojawił się uśmiech. Mężczyzna nieśmiało zdjął kaptur z głowy. Spojrzeliśmy po sobie zdziwieni, bo ta twarz nic nam nie mówiła. Chciałam szepnąć Arminowi, że mimo wszystko mam wrażenie, iż kiedyś już ją widziałam, ale ugryzłam się w język. Nie mogłam sobie nic przypomnieć, dlatego stwierdziłam, że mogłam się pomylić. Długo nie musieliśmy czekać na wyjaśnienie po co i dlaczego się tu znaleźliśmy. Szybko zorientowaliśmy się, że mężczyźnie zależało na szybkim przekazaniu tajnych informacji. 
-Nie bójcie. Muszę wam coś powiedzieć. Jesteście tu nie bez powodu. Nawiasem mówiąc, bardzo zmieniliście się przez te lata. - odezwał się do nas mężczyzna, a my stanęliśmy jak wryci. Serce podeszło nam do gardła. 
- Pewnie nie pamiętacie, ale w przeszłości bywałem w waszym domu. Jestem Izaak – przyjaciel i współpracownik waszego ojca. Odkąd staliście się właścicielami klucza, jesteście w niebezpieczeństwie tak samo jak w niebezpieczeństwie był wasz ojciec!
- To jakiś żart? - odezwał się zdezorientowany Armin.
- Wychodzimy! – krzyknęłam do brata, ale zauważyłam, że Armin pobladł i wyglądał, jakby zaraz miał upaść.
- Niestety to nie żart. Wasz ojciec nie zmarł na zawał, lecz został zamordowany przez tajną organizację, która za wszelka  cenę chciała poznać tajemnicę, którą odkrył wasz ojciec. Źródłem tajemnicy jest klucz, który ty Armin, trzymasz w kieszeni…
    Gdy zorientowałam się, co powiedział Izaak, spojrzałam na Armina, który w tym samym momencie osunął się na ziemię... Podniosłam głowę i spojrzałam w oczy rzekomemu przyjacielowi naszego ojca...


cdn.

CZAS JULII

Julia w życiu nie podejrzewałaby, że ten dzień skończy się tak fatalnie.
A to dziwne – przecież u niej zawsze, jeśli coś szło zbyt dobrze, kiedyś po prostu musiało się zepsuć. Na przykład wtedy, gdy okłamała mamę, na drugi dzień przewróciła się i skręciła kostkę. W jej przypadku karma nigdy nie spała. W takim razie, jakim cudem tego dnia wszystko miało potoczyć się dobrze?  Zwłaszcza wtedy, gdy wieczorem dostała wiadomość od Marianny. Spektakl miał być przesunięty na późniejszą godzinę, co naprawdę ją ucieszyło. Miała więcej czasu na powtarzanie swoich kwestii, obmyślenie każdego ruchu i gestu lub wyobrażanie sobie tego, jak Marceli będzie wyglądał w roli Romea. A to było zdecydowanie dobre wyobrażenie.
Była sobota. Ale to nie taka zwykła sobota, co to to nie. To nie ta sobota, gdy zajmowała się sprzątaniem swojego pokoju, a mama gotowała pyszny obiad. Ta sobota była dniem, kiedy mieli wystawiać „Romea i Julię” na małej scenie miejskiego domu kultury. To miał być wielki dzień, wszystko miało być idealnie ułożone i zaplanowane. Przecież włożyła w to tyle trudu i starań. To po prostu musiało się udać!
Dlatego przez prawie cały dzień spacerowała po domu, a za nią rozweselona Strzała, powtarzając raz za razem scenariusz. Kiedy znów go czytała, zapominała, że przede wszystkim ma być to dobra zabawa. Mimo to wygładzała sukienkę, poprawiała włosy i dumnie powtarzała swoje kwestie.
– Julia! – usłyszała głos mamy, dochodzący prawdopodobnie z kuchni.
– Tak, mamo? – stanęła w progu pomieszczenia. W ręku trzymała kilka pomiętych kartek.
Kobieta popatrzyła na podekscytowany wyraz twarzy córki, doskonale zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo zależy jej na tym spektaklu. Uśmiechnęła się czule.
– Powinnaś już wychodzić – objęła ją na pożegnanie. – Weź telefon i uważaj, jak będziesz przechodzić przez ulicę – jeszcze raz popatrzyła na córkę i wróciła do swoich zajęć. – Powodzenia – dodała na odchodne.
Chwilę później Julia z uśmiechem na twarzy przemierzała ulice Warszawy. Niestety dzień był dość ponury, niebo zachmurzone, a wszystko wskazywało na to, że zaraz lunie. Jesień zdecydowanie nie była jej ulubioną porą roku.
Dziewczyna radosnym krokiem wchodzi na salę, w której miało odbyć się przedstawienie i zamiera. Wszystkie miejsca – teraz już zapełnione. Patrzy na scenę. Spięta i blada twarz Marcelego. Jego niepewny głos. Uśmiechnięta Marianna w roli Julii.
Ze świata spływają wszystkie kolory.
- O co chodzi?! – krzyczy i rozgorączkowana biegnie w stronę kulis. Jej głos ginie pośród muzyki
i wysokiego głosu Marianny. Nikt jej nie zauważa.
„Spóźniłam się” – ma tę myśl gdzieś z tyłu głowy, ale stan sytuacji nie do końca do niej dociera.
Przez nieuwagę potyka się o kabel odpowiadający za oświetlenie i już po chwili leży na podłodze jak długa. Światła gasną. Czuje, jak rosną w niej złość i zdezorientowanie.
– Julia? – tym razem to Ala. Staje przed nią, z oczami dużymi jak pięć złotych, i z powrotem podpina nieszczęsny przewód. – Co ty tu robisz? – pyta, gdy w sali znów robi się jasno. – Wszyscy próbowaliśmy się do ciebie dodzwonić!
Ale ona już na nią nie patrzy. Teraz widzi tylko wycelowane w nią spojrzenie zupełnie zbitego z tropu Marcelego. Wszystkie oczy nakierowane są prosto na nią.
Próbując powstrzymać łzy, wybiega z pomieszczenia tylnym wyjściem. Nie zważa nawet na nawoływania nauczycielki. Słyszy tylko, że przedstawienie trwa dalej. Bez niej. Siada pod ścianą na końcu ciemnego korytarza i zaczyna płakać. Czuje się sfrustrowana i zła, gdy powoli zaczyna do niej docierać, że to wszystko jest sprawką Marianny. Może i jej też – przecież powinna myśleć dużo trzeźwiej i rozsądniej. Nie być naiwną i łatwowierną. Bardziej uważać. To chyba jej pierwsza porażka.
Nie wiedziała nawet, ile czasu tam siedziała, zła na siebie i Mariannę, póki nie usłyszała cichych kroków. Uniosła głowę. W świetle migającej świetlówki ujrzała zmartwioną twarz Marcelego. A gdy pojawiał się Marceli, waliły się wszystkie ściany.
Miał gładką twarz. Gładką i białą, zupełnie jak marmur. Zawsze tak zatroskaną, że chciało się na nią patrzeć. I ciemne włosy. O ironio, ona zawsze chciała mieć ciemne włosy. A miała jasne. O, i nadal miał na sobie strój Romea.
I w przeciwieństwie do większości, nie pytał, co się stało, ani dlaczego się spóźniła, ani nie miał do niej pretensji. A Julia była mu za to wdzięczna. Bardzo wdzięczna. Pomyślała, że Marceli okazał się najbardziej życzliwą osobą w tej całej warszawskiej szkole. Poza tym często spędzali razem czas. Czy mogła nazwać to przyjaźnią?
– Ala mi mówiła – przysiadł obok niej, skrobiąc mankiet swojej staromodnej koszuli. – Nie wierzę, że to twoja wina. Ty jesteś punktualna. Tak właściwie, to jesteś najpunktualniejszą osobą, jaką znam.
Julii zrobiła się miło. Jak w ogóle mogła czuć się takiej chwili „miło”. Uśmiechała się, mimo że nawet tego nie widział, bo twarz miała ukrytą w dłoniach. Ale wciąż mówił. Nie zbiło go to z pantałyku.
– Wiesz co? – spojrzała na niego zaczerwionymi od płaczu oczyma. – Głupia Marianna napisała mi wieczorem, że przełożono godzinę spektaklu. Ona chyba bardzo chciała z tobą wystąpić.
Zmarszczył brwi.
– Poważnie to zrobiła? W życiu nie domyśliłbym się, że może być tak wredna. Boże, to straszne świństwo.
– Co nie? – spojrzała na niego smutno. – No dobra, ale jak wam poszło?
Zamyślił się na chwilę. Oparł głowę o ścianę, przyglądając się wciąż migającej świetlówce. A potem popatrzył na nią.
– Z tobą byłoby o niebo lepiej.
A ona pomyślała, że to też było naprawdę miłe.
– Ale musiałem z nią wystąpić. To przecież współpraca.
– Na twoim miejscu wołałabym o pomoc – zachichotała i on też się zaśmiał. – Myślisz, że powinniśmy ją wsypać? – dodała po chwili.
– Myślę, że powinna wiedzieć, że tak się nie robi. Zresztą, co za różnica. I tak już nie żyje.
Tym razem wybuchnęła naprawdę gromkim śmiechem.
– Marceli! Przecież ty też nie żyjesz!
Ale Marceli żył, był najbardziej żyjącą osobą, jaką kiedykolwiek poznała.
– Tak, racja – uspokoił się i popatrzył wprost na nią. – Myślę, że powinna dostać za swoje, a tym już się zajmiemy, tylko musimy poszukać informacji. Wiesz, jej słabych punktów.
Wytarła mankietem sukienki mokrą od łez twarz, myśląc, że ich wspólna sprawa może być najlepszą rzeczą, jaka jej się przytrafi.









Iluminacja



Dwoje młodych ludzi patrzyło niepewnie na małego chrabąszcza, którego trzymał starzec. Nagle małe urządzenie zaczęło świecić i przeraźliwie piszczeć. Resa i Koln, zakrywając uszy, popatrzyli na siebie z nadzieją, iż przeklęty robak przestanie wydawać okropny dźwięk. Rodzeństwo chwyciło się ze strachu za ręce, gdyż starzec nagle zniknął, zupełnie jakby zapadł się pod ziemię. Wtem zaczęły ich boleć głowy, jak gdyby miały zaraz wybuchnąć. Przedziwna i niewidoczna siła zawładnęła umysłami nastolatków. Cały widok zasnuła głęboka czerń, a w uszach dzwoniła cisza. Nagle przed ich oczyma ukazał się jakby stary film, nie mogli jednak zobaczyć, co w danej chwili dzieje się rzeczywiście wokół nich. Ze świata realnego widzieli tylko i wyłącznie siebie nawzajem.

SASZA



Szybkim krokiem ruszyła naprzód, uprzednio zabierając ze sobą księgę, którą znalazła. Wilk przez chwilę stał nieruchomo i obserwował Nasyę, ale kiedy ta zaczęła się gwałtownie oddalać, ruszył w jej stronę. Dziewczyna spojrzała na niego i zrozumiała, że od tej pory wilk będzie jej towarzyszył. Dodało jej to otuchy. Nie było przy niej przyjaciół, ale zyskała wiernego kompana.
Nasya przyspieszyła, usłyszała za sobą tętent kopyt zapadających się w szybko rosnącej warstwie zbitego śniegu.

niedziela, 24 września 2017

NAJSTARSZY PIRAT ŚWIATA

Ocean to nieskończona głębia kolorów, zapachów oraz niebezpieczeństw, których nikt nie zna. Jest jednak jeden człowiek, który ocean zna lepiej niż ląd. Nazywa się Bruno i jest piratem. 
Bruno ma ciemną karnację (być może kolor skóry zawdzięcza słońcu, którego promienie odbijają się od wody), ma brązowe kręcone włosy oraz błękitne oczy. Całą jego lewą rękę zdobią tatuaże przedstawiające strzały (po jednej za każdego zabitego człowieka lub stwora).
Zazwyczaj nosi czarne skórzane spodnie (bardzo niewygodne i niepraktyczne na morzu, ale szalenie seksowne) oraz kolorowy t-shirt z owcą. Jest mądry, czuły i miły (choć zapewne wszyscy, których okradł lub napadł, powiedzą coś przeciwnego).

sobota, 23 września 2017

Międzygalaktyczna wojna

    Bum! Rozległ się dźwięk działa magnetycznego. Dwoje młodych ludzi uciekało w kierunku światła. Dzisiaj minęła dziesiąta rocznica wybuchu drugiej międzygalaktycznej wojny, podczas której mieszkańcy planety Solta przejęli Ziemię, a ocalała garstka ludzi ukryła się pod powierzchnią niegdyś błękitnej planety.

czwartek, 21 września 2017

Złota piramida


     Jeśli ktoś rzuci hasło “Egipt”, to pewnie pierwsze, co przyjdzie wam do głowy to rozległe pustynie i ogólna pustka. Ale to nie do końca prawda. W końcu mamy już XXI wiek! Razem z Arminem wsiadamy do metra i przejeżdżamy pod wszystkimi budynkami miasta. Nie robi na nas wrażenia to, że nad nami jest wielkie Cairo Tower. Robimy to codziennie.