poniedziałek, 24 czerwca 2019

Co z Lirą?


    „Nie pozostaje mi nic innego jak zabrać stąd Lirę i uciec z tego zapchlonego miasta” - pomyślała w duchu Aris, uśmiechając się drwiąco pod nosem. Stos płonął, ale to nie jej stos. Jej udało się ocalić, chociaż to ocalenie wznieciło w niej ogień, który z każdą kolejną godziną wzrastał. Tym ogniem była nienawiść do Wiliama. Po tej nieszczęsnej bójce zabrał gdzieś Lirę, ją doprowadził do kłamliwego oskarżenia i sam zapadł się pod ziemię. „Nic, tylko działać! Czym prędzej przywdziać inny strój, inne ciało i poszukać Liry.” - mówiła do siebie Aris. Idąc uliczkami miasta, skulona, brudna i zła, obmyślała plan zemsty na mężczyźnie i sposób odzyskania ukochanej. Obiecała sobie, że już nigdy nikt nie wtrąci się między nią a Lirę i że pokażą wszystkim, że mogą być szczęśliwe. Jednak miała świadomość, że czeka ją długa droga. Pozostała zupełnie sama, bez nikogo. Musiała liczyć tylko na siebie. Jej jedyną przewagą były informacje o przewrocie, którego chciała dokonać organizacja. Znała przecież wszystkie plany – była ich częścią. Postanowiła wykorzystać swoją wiedzę tylko po to, by odzyskać Lirę – nawet za cenę zdrady. Zresztą sama czuła się zdradzona. Wiliam, chcąc się jej pozbyć, postawił wszystkich przeciwko niej, opowiadając same kłamstwa. Przez niego straciłaby życie! Nie, nie może mu tego darować. Wiedziała, co ma robić, więc wyprostowała się dumnie i skierowała się w stronę pałacu, by porozmawiać z namiestnikiem o planach organizacji. Poczuła lekki ucisk w żołądku na myśl o przyrodnich rodzicach Liry, Heylen i Hordicku, którzy i dla niej byli bardzo mili, ale miłość do dziewczyny zwyciężyła. Aris stanęła przy wrotach do pałacu, otoczonym zewsząd uzbrojonymi wojownikami. Zapukała do drzwi i nie czekając na reakcję, krzyknęła:
Chcę rozmawiać z namiestnikiem królowej! Natychmiast! Chodzi o sprawę wagi państwowej! Królowa jest zagrożona!
Po tych słowach natychmiast uchyliły się olbrzymie drzwi. Aris weszła do środka. Stanęła w ciemnym korytarzu. Nagle zobaczyła przez sobą wielką, barczysta postać mężczyzny:
Co się stało dziewczyno? Gadaj, co wiesz i czego oczekujesz w zamian – odezwał się szorstkim głosem namiestnik.
 - Najpierw zacznę od oczekiwań. Chcę znaleźć Lirę i Wiliamia. Ją poślubić, jego zgładzić i uratować królestwo – jednym tchem odpowiedziała Aris.

     Wyjawiając całą prawdę o tajemniczym planie zorganizowanym przez jej najbliższych sojuszników, Aris podpisała swojego rodzaju umowę. Przez najbliższe kilka dni mieszkała w pałacu i była objęta ochroną. W tym czasie tajni śledczy na wezwanie królowej mieli zająć się dopiero co poznanymi wrogami. Mimo dostatku, jakim została obdarzona w pałacu, dziewczynę cały czas męczyły wyrzuty sumienia, w końcu zdradziła ludzi, z którymi obcowała przez długi czas i tak naprawdę miała ona również spory wkład w spisek w zamach na królestwo. Na dodatek dziewczyna dla której to wszystko zrobiła, zapadła się pod ziemię. Nie wiedziała czy żyje, czy może jej mąż psychopata zdążył już się nią zająć, ale po otrząśnięciu się nie dopuszczała do siebie takiej myśli. Była pewna, że w końcu ją odnajdzie i będą razem szczęśliwe już do końca swoich dni.

     Błąkając się po zamku dziewczyna słyszała dużo różnych plotek o życiu monarchów, spiskowcach, a nawet zaginionym małżeństwie. Dowiedziała się, że detektywi natrafili na trop zamachowców i postanowili bez większych przesłuchiwań i zbędnych wnikliwości wszystkich rozstrzelać. Gdy usłyszała tę wiadomość, nogi się pod nią ugięły, wiedziała bowiem, że jest odpowiedzialna za śmierć co najmniej kilkunastu osób zamieszanych w plan, w którego powstanie się przyczyniła. Jednak po kilku godzinach powiadomiono ją, że na drugi dzień spotka się ze swoją ukochaną. Jej radość nie miała końca, długo się szykowała, teraz już nic im nie mogło przeszkodzić.
Nazajutrz, gdy dochodził już mrok, Aris czekała w królewskich ogrodach, nagle zobaczyła w oddali zbliżającą się do niej sylwetkę. Nie była to jednak postać kobiety. To był mężczyzna, którego bardzo dobrze znała. Gdy tak stała oszołomiona, chłodne ręce męża jej ukochanej dobrały się do jej szyi i zaczęły ściskać ją z całych sił. Młoda kobieta opadła martwa na ziemię.


    Pakt został zerwany. Królestwo w wygodny dla siebie sposób zmieniło reguły gry. Aris wiedziała po prostu za dużo, a gdy William ją zamordował, mieli powód, żeby również go uśmiercić – bogacz ze złą sławą nie był im dłużej potrzebny.

Nasuwa się tylko jedno pytanie – co z Lirą?

sobota, 15 czerwca 2019

Roboty atakują

 
    Wszystkie dźwięki umilkły, a krajobraz zrobił się czarny. Laura dalej nie mogła się ruszyć. Denerwowało ją to.
- Niedługo będziesz musiała wybrać - usłyszała.
    Laura spojrzała w miejsce, z którego, wydawało jej się, że dochodził odgłos, ale zobaczyła tam tylko ciemność.
- Niezależnie, co wybierzesz, będziesz musiała zapłacić.
- Kim jesteś? Za co mam zapłacić? - zapytała zaniepokojona.

Wtedy usłyszała kolejne dziwne dźwięki. Zgrzytanie? Może skrzypienie nienaoliwionego sprzętu?
- Obawiam się, że nigdy nie poznasz mojego prawdziwego oblicza.

Laurze zdawało się, że coś się do niej zbliża. Chciała się wycofać, ale napotkała ścianę za plecami.
- Przede mną nie ma ucieczki. Ja daję władzę. Ja jestem postrachem wszystkich planet. To ja was tworzę i to ja mogę was zniszczyć.
W pomieszczeniu zdawało się rozjaśniać. Laura ujrzała przed sobą wychudzonego człowieka. Oczy miał zasłonięte czarną opaską.
- Co zrobiłeś z moją bliźniaczką? - ryknęła.
    Nagle na bose stopy Laury spadła kropla. Czy to deszcz? Nie, to coś gęstszego. Czy to olej? Spojrzała w górę. Zobaczyła wielkie maszyny. Były w różnych kształtach i kolorach.
- Próbujesz mnie przestraszyć? - zapytała dziewczyna.
- Ja nie muszę - odpowiedział mężczyzna. - Moje dzieci zrobią to za mnie.

 Wszystkie roboty na górze zaczęły się poruszać. Niektóre były tak zniszczone, że musiały się czołgać. Laura mogła zobaczyć ich przewody wysokiego i niskiego napięcia wystające z chromowanych odwłoków. Jeden zniszczył się tak mocno, że przypominał miskę ryżu. Mimo to, zeskakiwały po kolei z sufitu i otaczały dziewczynę. Laura przyciskała się coraz mocniej do ściany, aż w końcu roboty zatrzymały się i odezwał się nieznajomy:
- Mam nadzieję, że teraz będziesz współpracować, koleżanko. Widzisz, bardzo nie lubię, kiedy ktoś podróżuje w czasie bez mojej zgody. A ty to zrobiłaś.
- Nie wiem jak to się stało, przysięgam! - broniła się Laura. - Bardzo chciałam zobaczyć przeszłość, tylko tyle!
- Nie wiesz jak to się stało? Naprawdę? Chcesz mi powiedzieć, że nie wiedziałaś, że miałaś dar?

Dla Laury wszystko stało się nagle jasne. Tajemniczy naukowiec w czarnej opasce! Najniebezpieczniejszy z obserwatorów. To on nadzorował hiperprzestrzeń, zanim stracił wzrok i zszedł na drogę zła.
- Pragnęłam poznać nienowoczesnych ludzi, czy to zbyt wiele? Nie miałam zamiaru korzystać z żadnego daru.
- Jesteś naiwna, dziecko, ale to jeszcze nie jest twój największy grzech. Pakuj bagaże, wracasz do domu.
- Nie, proszę! Nie odsyłaj mnie tam! - zaprotestowała Laura. Chciała zobaczyć cały świat z przeszłości.
Tajemniczy naukowiec wyglądał na coraz bardziej poirytowanego.
- Zgoda - wysyczał do niej. - Możesz zostać w przeszłości, ale twoja bliźniaczka musi zginąć. Będzie długo cierpieć i przeklnie twoje imię, zanim wyzionie ducha. A jeśli wrócisz do domu, nigdy nie zaznasz szczęścia. Zawsze będziesz tęsknić za starym światem, którego nigdy nie było ci dane poznać. Wybieraj.

Po czym podszedł do niej ze strzykawką.

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Nieprzyjaciel



       Anna stanęła jak oniemiała. Nie mogła w to uwierzyć, przecież jeszcze kilka chwil temu jej brat otrzymał od królowej list z zachwytem nad „jego” twórczością. Wynika z tego, że królowa nie spodziewała się, iż sprawy potoczą się w taki sposób. Coś tu było nie tak...
Dziewczyna rozejrzała się wokół. Tłum zbliżał się coraz śmielej do miejsca egzekucji, kierując oszczerstwa w stronę władczyni. Wśród wielu głosów Anna usłyszała złowrogie krzyki:
- Złodziejka! Morderczyni!
- Boże – powiedziała szeptem dziewczyna – przecież jeszcze wczoraj lud kochał sprawiedliwą i mądrą królową, która dbała o swoich poddanych....
Długo nie myśląc, dziewczyna odwróciła się za siebie i czym prędzej zaczęła biec w stronę domu. Gdy tylko skręciła w najbliższą uliczkę, zza rogu wyłoniła się potężna postać, która chwyciła Annę mocno za rękę. Dziewczyna pisnęła z bólu, po czym zakręciło jej się w głowie. Prawie upadła, ale nadal była podtrzymywana przez czyjś mocny uścisk. Podniosła twarz do góry i rozszerzyła oczy ze zdziwienia:
- Dokąd, młoda damo? - usłyszała głos mężczyzny, którego od razu poznała. Niewiele się zmienił. Nadal był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną. W ręce trzymał płócienny worek i duży kij. Wyglądał schludnie, ale miał niespokojne oczy. Od razu go poznała, chociaż zgolił wąsy i brodę. To był Pierre Macary – niegdyś najlepszy przyjaciel jej ojca. Niestety ojca już nie ma. Został zamordowany.
- Niedobrze tak chodzić po mieście..., samej..., kiedy za chwilę spadnie wiele głów.... - powiedział już mniej spokojnym głosem.
- Nie chodzę. Idę do domu. - odpowiedziała Anna, choć czuła, że przepełnia ją strach i nadchodzą nad nią deszczowe chmury.
- Odprowadzę cię. Tu tak niebezpiecznie. - rzekł z chytrym uśmieszkiem Pierre, po czym – nie czekając na jej odpowiedź – pociągnął ją za sobą. Szła między ludźmi, cały czas trzymana przez mężczyznę, aż w końcu weszła za nim do wielkiego, murowanego domu. Macary posadził dziewczynę na krześle w niewielkim, ciemnym korytarzu i powiedział:
- Bądź rozsądna, poczekaj tu dopóki nie przyjdę. - następnie obrócił się na pięcie i wszedł schodami do górnej części domu.
          Anna siedziała przestraszona. Nie wiedziała, gdzie jest i co się wydarzy dalej. Zaczęło jej burczeć w brzuchu. Marzyła o talerzu gorącej zupy. Czas mijał, zdawało się jej, że siedzi tu godzinami, choć z pewnością upłynęło dopiero kilka minut. Słyszała głosy dobiegające z góry, więc zebrała się na odwagę i weszła na schody. Coraz głośniejsze zdania dochodziły z głębi pomieszczenia, które zostało zamknięte. Stanęła przy drzwiach i z sercem łomoczącym w piersi zaczęła nasłuchiwać. Rozmowy były ciche, ale dało się słyszeć ich sens:
- Ta stara baba domyśliła się, o co chodzi z tym wierszem. Nie wiem, skąd jej przyszło do głowy, żeby czytać go od tyłu. Na szczęście ją mamy już z głowy. Tak jak się umawialiśmy, dosypałem jej ten proszek i podpisała wszystko, co jej podsunąłem. Zabrała poddanym wszystkie ziemie, skazując ich jednocześnie na śmierć głodową. Przy okazji mamy okazję na tym trochę zarobić, a królowej i jej rodzinki pozbyłem się raz na zawsze - teraz czeka na ścięcie…
-No dobrze, ale została jeszcze ta gówniara, ona w ogóle wie, że śmierć jej ojca to twoja sprawka? – zapytał nieznajomy głos.
-Nie i tak ma zostać! – ryknął – Muszę się nią zająć, a przede wszystkim pozbyć wszelkich dowodów i spalić kopie tego wiersza. Zresztą sama zobacz. – Pierre zatrzymał na chwilę głos, po czym dało się słyszeć odgłos przypominający otwieranie torby i wyciąganie kartki. Po chwili zaczął recytować.

Dziś był najgorszy dzień w moim życiu
I nawet nie próbuj przekonać mnie, że
W każdym dniu dobro skrywa się
Przyjrzyj się uważniej 
Odkryjesz, że świat to złe miejsce
Nawet jeśli 
Istnieją bogowie, którzy pojawiają się czasami,
Zadowolenie i radość nie trwają wiecznie.
I to nieprawda, że
To wszystko jest w głowie i w sercu
Rzeczywistość
Kreuje 
Moje nastawienie
Straciłam kontrolę
Przez najbliższy milion lat nie usłyszysz ode mnie, że
To był dobry dzień.’’

Tak właśnie brzmi ten wiersz, kiedy czyta się go od tyłu. Królowa chciała się mieszać, więc ma za swoje. Słuchaj kochana, jak to wszystko się skończy, to wyjedziemy wypocząć, obiecuję. Muszę tylko doprowadzić sprawę do końca.
      Annie podczas tej rozmowy łzy same napływały do oczu. Nie mogła pojąć, jak najlepszy przyjaciel jej ojca mógł być odpowiedzialny za jego śmierć. Była na niego wściekła, a jednocześnie czuła się winna, ponieważ to przez jej wiersz królowa miała za chwilę zostać zamordowana. Nie mogła zebrać myśli, nagle cały świat zawirował jej przed oczami, straciła czucie w kończynach i osuwając się, strąciła obraz ze ściany, który upadając, huknął. Rozmowy ucichły…

środa, 17 kwietnia 2019

Prawda w oczy kole

Wiktor wpadł w furię. Musiał się powstrzymywać, żeby nie wybuchnąć. Chochlika wyleciała ze szkatułki. Dopiero teraz Wiktor mógł się jej przyjrzeć. Wyglądała kuriozalnie. Miała uszy słonia i zieloną skórę, a za skrzydła służyły jej krucze pióra. Wiktor rzucił się na nią, ale Chochlika zwinnie uskoczyła przed nim.
- Kłamiesz! - wykrzyknął.
Wiktor nie mógł uwierzyć w to, że Gerald mógłby go okłamać. Przecież był dla niego taki dobry. Dawał mu cukierki…

poniedziałek, 25 marca 2019

ZMIANA MIEJSC.

Zamarłam w oczekiwaniu na to co się wydarzy. Czy Laura mnie rozpozna? Czy zacznie krzyczeć? Czy ucieknie? A może zacznie zadawać miliony pytań, na które przecież nie znam odpowiedzi. Sama nie wiem co tu robię i po co się przeniosłam w przeszłość.

poniedziałek, 18 marca 2019

Niecodzienne spotkanie




       Chłopak lekko podenerwowany spojrzał na zachodzące słońce i niebo mieniące się milionami barw. Stracił nadzieję na dobre zakończenie swojej przygody. Słysząc w oddali szum fal i odgłosy mew, poczuł na twarzy podmuch zimnej bryzy. Zmęczony usiadł na chłodnym już piasku i ani się obejrzał, kiedy zasnął. Zaczął wchodzić w przyjemną fazę snu, gdy nagle poczuł silne szarpnięcie.
- Hej, nie śpij, masz fajkę? – wykrzyczała mu do ucha dziewczyna.
W mgnieniu oka otrząsnął się z piachu, stanął na równe nogi. Przed sobą zobaczył średniego wzrostu dziewczynę, miała kruczoczarne włosy, bladą skórę oszpeconą agresywnym makijaż, rozmazane czerwone usta, posklejane rzęsy i czarne brwi wyglądające jakby były namalowane markerem słabej jakości. Jego uwagę przykuły podziurawione jeansy i szara, poszarpana koszulka, która kiedyś z pewnością była czarna. Ponadto od dziewczyny dochodziła nieprzyjemna woń, co mogło świadczyć o tym, że zapomniała ona, czym jest prysznic. Jake’owi ciężko było złapać oddech i miał wrażenie, że za chwilę zemdleje. Resztką sił złapał oddech i powiedział:
-Nie mam, nie palę …
- Rany! Musiałam trafić na takiego osła?! Jak nie palisz? Przecież wszyscy palą! - krzyczała.
- Ja nie... - odpowiedział zdezorientowany i jedyne, o czym marzył to to, by sobie poszła.
-Trudno. Jak nie mamy, to musimy skądś wziąć – powiedziała pewnie dziewczyna. - Masz jakiś szmal?
- Nie mam...
- Ja nie mogę, ale z ciebie lamus! Dobra, zbieraj się, idziemy na łowy – powiedziała gniewnie.
- Łowy?
- Do tego głuchy? No łowy. Czegoś nie mamy, to musimy wziąć, zabrać kumasz?
- Skąd zabrać? - pytał oszołomiony Jack.
- Jak to skąd? A skąd się zabiera rzeczy? Zwykle ze sklepu, nie? - odpowiedziała mocno poirytowana.
- To znaczy ukraść?
- Noooo.
- Zwariowałaś!? - krzyknął chłopak, prawie umarł ze strachu.
- Ja nie mogę, ale kolo mi się trafił. Podnoś się panie święty i idziemy. A w ogóle to... mów mi Mela.
- Hmmmm.... - westchnął ciężko Jack, już sam nie widział, czy ze zdziwienie czy zmęczenia,
     Nic nie mówiąc, poszedł za dziewczyną. Po kilku krokach mocno tego pożałował. Jej zapach naprawdę stał się nie do zniesienia. Marzył tylko o tym, by ktoś dał mu niewidzialną tarczę, aby mógł odgrodzić się od tego smrodu. Albo chociaż hełm, żeby tego nie czuć. Pomyślał jednak, że skoro los zesłał mu tę dziewczynę, to może coś w tym jest? Może jest mu potrzebna? Może mogłaby mu pomóc?
      Gdy wędrówce brzegiem plaży doszli w końcu do miasta. To tutaj miał ziścić się plan dopiero poznanej mu dziewczyny. Jake nie miał zamiaru w tym uczestniczyć. Przecież on nigdy nie złamał prawa! Był tu właśnie po to, żeby walczyć z przestępstwem. Po to, żeby znaleźć tajemniczego mężczyznę w starej księgarni, który miał mu pomóc uporać się z drobnymi kradzieżami, jakie miały miejsce w jego mieście… zaraz, zaraz. MAŁE KRADZIEŻE. To coś, co miała zamiar zaraz zrobić Mela. W jego głowie pojawił się pewien plan. Chciał dowiedzieć się jak najwięcej od swojej towarzyszki.
- Słuchaj, namyśliłem się, pomogę ci w obrabowaniu tego sklepu. Ale skoro mam to zrobić, muszę znać cały plan, jak wejdziemy, co bierzemy, no i najważniejsze, gdzie uciekniemy. Masz mi opowiedzieć jak to ma wyglądać, inaczej nic z tego.
Dziewczyna była zdumiona, że do tej pory nieśmiały chłopak jest taki wyszczekany i stanowczy. Kiwnęła tylko twierdząco głową. Coraz bardziej się cieszyła, że podeszła do niego. Widziała w nim potencjał.
- Poza tym bardzo chciałbym cię bliżej poznać. Skąd pochodzisz? Wydajesz się być zaznajomiona z tymi terenami. Masz tu jakichś znajomych? Przygotowujecie czasami jakieś większe skoki? To musi być emocjonujące… Wybacz, może zadaję za dużo pytań…
- Nie, no co ty! Uwielbiam gadać o sobie! Robi się ciemno, przedstawię ci plan, obrobimy sklep, a wtedy dowiesz się o mnie wszystko, czego chcesz, a nawet tego, czego nie chcesz.-zachichotała złowieszczo Mela.
   Jake wiedział, w co się wpakował, jednak miał nadzieję, że wyciągnie od niej tyle informacji, ile potrzeba do rozwiązania zagadki, a starzec z księgarni nie będzie mu już do niczego potrzebny.



niedziela, 10 marca 2019

POWRÓT NA STAEK



    Stary kapitan szykował się właśnie do skoku, gdy poczuł obezwładniające uderzenie. Coś na niego spadło i  powoli usunął się w nicość…




     Tymczasem Benio, z sercem czarnym jak najstraszniejszy sztorm, zbliżał się z ponurym uśmiechem do krasnoluda. Był pewien swojej przewagi, przecież miał wokół siebie najdzielniejszych piratów, a przeciwnik był jeden. Okręt lekko kołysał się na falach, słońce już prawie dotykało horyzontu. Nagle na prawej burcie przysiadł kruk.

wtorek, 5 marca 2019


Czułem, że to będzie długa droga, lecz nie wiedziałem, że będzie aż tak niebezpieczna. W oddali ujrzałem stado zielonookich kruków, ale szedłem dalej. Nagle jeden z kruków mnie zauważył i głośno wydał agresywny ryk. Skrzywiłem się znacznie, bo od tego wrzasku zapiszczało mi w uszach. Za odgłosem ptaka poszło całe stado, które powoli leciało w moją stronę. Zrobiłem kilka kroków w tył i posłałam moją różdżką kulę ognia w stronę tych demonicznych kruków. Byłem bardzo zły, bo zamiast zniszczyć przeciwników, pochłonęli oni kulę i stali się znacznie szybsi i silniejsi. Byli coraz bliżej, a moje czary nic pożytecznego nie robiły, wręcz przeciwnie, wzmacniały kruki, a o ucieczce nie miałem nawet co marzyć. Zaakceptowałem to, że mogę umrzeć, więc bez powodu, sam nie wiem jak to się stało, ułożyłem się na stojąco przypominając literę „T” i krzyknąłem: „R e e e e e e e e!”. Kruki niespodziewanie padły i zamieniły się w świecące, parujące martwe kraby. Byłem w szoku, przetarłem swoje okulary, by usunąć parę. To wszystko było zbyt dziwne i surrealistyczne. Wiedziałem, że muszę się stąd wydostać. Panika wdarła mi się do głowy i zacząłem biec prosto przed siebie, czyli musiałem wbiec do tunelu. Nie myślałem, dokąd mogę trafić, ale wiedziałem, że ten tunel nie jest dla mnie bezpieczny, dlatego chciałem pokonać go jak najszybciej.
            Po pewnym czasie zobaczyłem światło! To było nie byle jakie światło, to były promienie słoneczne majaczące w oddali. Wiedziony instynktem samozachowawczym ruszyłem bez zbędnego namysłu od razu w stronę światła. Kilkanaście minut później wyszedłem z tunelu śmierci, a przede mną ukazał się niesamowity widok. Gwiazdy na jasnoniebieskim niebie kontrastowały z czarnym morzem, które zaczynało się raptem kilka metrów przede mną. Nie da się ukryć, że widok zaparł mi dech w piersiach, ale nie mogłem podziwiać tej panoramy zbyt długo, bo w dalszym ciągu nie wiedziałem, co się ze mną dzieje, gdzie jestem i co mam dalej robić. Stwierdziłem, że nie mogę pozostać w jednym miejscu, muszę znaleźć bezpieczny nocleg. Ruszyłem wzdłuż plaży. Słońce zaczynało powoli zachodzić, a dzięki wszechogarniającemu półmrokowi ujrzałem światła błyskające w oddali. Im bliżej byłem tej anomalii, tym bardziej widziałem w tych licznych światłach miasto. Czyżby to miało oznaczać, że znajdę pomocną dłoń?

poniedziałek, 25 lutego 2019

Miasto nad Brzegiem Morza

Kiedy Zosia się obudziła, z początku nie zdawała sobie sprawy z tego, gdzie jest i co się zdarzyło. Po chwili jednak przypomniała sobie wszystko – od bezsensownej bójki z Nikolą do szalonej ucieczki przed sektą rodem z horroru.
Znowu się rozpłakała. Jakie to wszystko było niesprawiedliwe i… przerażające. Ostatnie zdarzenia zlewały się razem w jeden pogmatwany ciąg z którego biedna dziewczyna niewiele rozumiała. Widocznie szczęśliwa gwiazda jej nie sprzyjała.
Nagle zdała sobie sprawę, że statek dopłynął do jakiegoś portu kojarzącego jej się z przedstawieniem, które widziała w teatrze. Oczywiście za nic nie mogła przypomnieć sobie tytułu, jak zawsze. Ale że nie była to sprawa niecierpiąca zwłoki w przeciwieństwie do tego, jak ma się wydostać z łódki, nie zawracała sobie ją głowy.
Wtem ujrzała jakiegoś niskiego człowieczka wyglądającego dosłownie jak krasnoludek z bajki. Miał nawet na głowie śmieszną czapeczkę która tylko pogłębiała to wrażenie. Na ranieniu natomiast niósł on zwój grubego sznura.
- Hej, proszę pana! – zawołała. – Mógłby mi pan pomóc?
Tamten widocznie zdziwił się , ale podszedł bliżej.
- A cóż ty tam robisz, droga damo? – zapytał wyraźnie wymawiając słowa, niby aktor przygotowujący się do przedstawienia.
- To bardzo długa i dziwna historia. – odparła Zosia patrząc na niego błagalnym wzrokiem. – Niech mi pan pomoże, proszę. Ja nawet nie wiem co to za miejsce, i czy to sen, czy może nie. Błagam, niech mi pan rzuci jakąś linę, czy coś.
- Ależ oczywiście, tajemnicza damo w opresji. – odrzekł i już po chwili dziewczyna przywiązywała do łódki gruby sznur.
- Niech pan ciągnie! – Zawołała. „Pan Krasnal” zaczął ciągnąć. Był o wiele silniejszy niż na to wyglądał.
Nagle łódka uderzyła o pomost z taką siłą, że Zosia zachwiała się i wypadła za burtę. Próbowała desperacko chwycić się łodzi albo liny. Na próżno, jej rozpaczliwe działania doprowadziły do tego, że łódka wywróciła się do góry dnem. Ostatnią rzeczą jaką zauważyła był jakiś chłopak, który wskoczył za nią do wody.
Zosia poczuła, że dłużej nie wytrzyma i zaraz zostanie wciągnięta przez wodny wir.
***
Otworzyła oczy.
Leżała na pomoście, a nad nią stał „Pan Krasnal” i jej tajemniczy, jasnowłosy wybawca. Mógł mieć najwyżej czternaście do piętnastu lat.
- Dzię…dziękuję – wykrztusiła Zosia wypluwając z ust wodę.
- No, na szczęście Alan cię uratował, damo z zatopionej łodzi. To mój syn! – dodał chełpliwym głosem.
Blondyn wywrócił oczami i splótł ręce na piersi.
- Tatulo, każdy uratowałby tonącego.
Dziewczyna wstała niepewnie i zadrżała.
- Zimno.
- Chodź do domu, moja żona zrobi ci herbaty – zaproponował mężczyzna.
Zosia stwierdziła, że nawet chętnie skorzysta z jego propozycji. Poszła więc barwnymi ulicami osobliwego miasteczka. Alan jechał na deskorolce kilkanaście metrów przed nimi. Dziewczyna myślała, że cała ta historia jest dziwna jak to miejsce. Wydawało jej się, że przeniosła się do jakiejś książki. Jej uwagę przykuła strzałka pokazująca drogę do sklepu oznaczonego szyldem: „Starocie u wróżki Felicji” z wymalowaną dużą, zieloną żabą, jak na wróżkę przystało.
- Co to właściwie za miejsce? – powiedziała ni to do siebie, ni to do „Pana Krasnala”.
- Obecnie znajdujemy się na ulicy Morskiej, moja droga – odrzekł. – A nasze piękne miasto to po prostu Miasto nad Brzegiem Morza, jeśli o to ci chodzi. Dziwne, że nie wiesz…
- A jaka to część świata? – zapytała jeszcze, ale nie doczekała się odpowiedzi, bo oto mężczyzna zawołał:
- O, widzisz? To jest nasz dom!
Była to ogromna, biała willa wyglądająca na bardzo starą. Gdy się na nią patrzało, miało się wrażenie, że zaraz może się zawalić; ściany miała krzywe, okna niesymetryczne i różnej wielkości, ale za to taras i balkony były zbudowane z pięknego marmuru. Gdy Zosia wchodziła do środka pierwszy raz od dawna poczuła się całkowicie bezpieczna. W korytarzu zawisła woń czekolady dochodząca zapewne z kuchni. Po chwili w drzwiach ukazała się pani domu zupełnie niepodobna do swojego męża. Była średniego wzrostu, włosy miała czarne, a oczy piwne podobnie jak Alan.
- O! Widzę, że mamy gościa! – zawołała miękkim głosem przyglądając się mokrym ubraniom swojego syna i nieznajomej dziewczynki.