Zrzuciłam z siebie kołdrę, usiadłam na krańcu łóżka i wpatrywałam się
pustym wzrokiem w kartkę z instrukcją. Jej treść była dla mnie niepojęta. O co
miało niby chodzić? To ma być jakiś szyfr? Nagle z zamyśleń wyrwał mnie głośny
dźwięk budzika w moim telefonie, na
którego wyświetlaczu ukazała się godzina siódma trzydzieści. No tak, przecież
muszę iść do szkoły!
Podniosłam się na równe nogi, odłożyłam kartkę na szafkę
nocną tuż obok mojego łóżka, wzięłam pierwsze lepsze rzeczy z mojej szafy i
ruszyłam w kierunku łazienki. Po szybkiej, porannej toalecie wróciłam do mojego
pokoju po torbę z zeszytami i rzuciłam niepewne spojrzenie kartce leżącej na szafce nocnej. Po chwili zastanowienia
postanowiłam ją wziąć ze sobą, może podczas lekcji wpadnie mi jakiś pomysł co
mogą znaczyć zapisane na niej słowa. Wyszłam z pokoju i zeszłam po schodach na
parter, aby udać się do kuchni i zjeść ekspresowe śniadanie. Nieszczęśliwie
przy krojeniu pomidora na kanapkę zraniłam się w kciuk, przez co musiałam wrócić na górę do łazienki i poszukać
plastra. Kilka minut potem zamykałam drzwi wejściowe do domu, a od środka zżerał
mnie stres, ponieważ zostało mi niewiele czasu na dojście do szkoły. W duchu
zastanawiałam się co teraz będzie, w pamięci utkwił mi obraz bladej Ashley,
która leżała na podłodze w kabinie toaletowej w kałuży krwi. Ciarki przeszły mi
po plecach. Wyrywając się z letargu zauważyłam, że byłam już pod bramą szkoły, na której widniała
tabliczka z dumną nazwą Charlestone Private Highshool, a tuż pod nią zawieszona
była kartka z informacją, że szkoła została zamknięta na czas ferii zimowych.
Ale przecież ferie już były... Wpatrywałam się w kartkę tępym wzrokiem, mróz
szczypał mnie w poliki, a dookoła zaczął padać śnieg. Niespodziewanie w tylnej
kieszeni moich spodni zawibrował mi telefon. Szybko odebrałam przychodzące połączenie,
nie zwracając uwagi na to, kto dzwonił.
