środa, 21 listopada 2018

Nowy...wspaniały świat?


O świcie obudziły Wiktora jasne promienie słońca przedzierające się do jego pokoju przez zasłonięte żaluzje. Jego budzik nie wskazywał nawet piątek rano, a chłopiec nie czuł się ani trochę zmęczony. Wręcz przeciwnie, czuł się jak nowonarodzony. Wstał z łózka, przeciągnął się i już chciał wyjść z pokoju, ale przechodząc obok lustra zauważył, że wygląda zupełnie inaczej. Sylwetka chłopca była wysportowana i umięśniona. Pidżama, jaką włożył poprzedniego wieczoru, zniknęła, a w zamian pojawił się dziwny strój. Nie było to ubranie w jego stylu. Wiktor wolał podarte dżinsowe spodnie i za dużą, obszerną bluzę. W nowym stroju przypominał nieco superbohatera z filmu, który oglądał kiedyś z dziadkiem. Tylko…coś tu nie pasowało. Jeszcze raz spojrzał w lustro. Strój zamiast być kolorowy, był zupełnie wyblakły. Tak jakby ktoś zmył z niego wszystkie kolory. Pomyślał, że to może tylko jakaś wada wzroku, ale mylił się. Widział wszystko bardzo wyraźnie – nawet na daleką odległość. Rozejrzał się dookoła sypialni i uświadomił sobie, ze to nie tylko jego strój nie ma koloru, ale cały otaczający go świat również.
 Postanowił rozejrzeć się po okolicy. Przekroczył więc próg drzwi i wyszedł na dwór. Okolica nie przypominała tego, co było tu jeszcze wieczorem poprzedniego dnia. Panowała głucha cisza. Tej wioski, która tak bardzo mu się spodobała, kiedy zobaczył ją po raz pierwszy, tych pięknych drzew, których z roku na rok przybywało, nie było. Nic nie zostało. Żadnych drzew, żadnej wioski ani gospodarstwa, na ziemi nie było nawet skrawka , na którym rosłaby zielona trawa. Okazało się, że nie mieszka już w swoim starym, drewnianym domku, tylko na parterze siedmiopiętrowego budynku. Na miejscu tego, co zniknęło  pojawiły się wielkie, niektóre nawet sięgające szarych chmur, wieżowce. Powietrze nie było takie czyste i świeże jak dawniej, tylko zanieczyszczone i brudne. Zamiast pięknego, czystego nieba, o którym Wiktor rozmyślał podczas wczorajszego spaceru do szkoły, była szara, pokryta ciemnymi chmurami, przestrzeń. Wszystko pokrywał czarny, roznoszący się w powietrzu pył. Jedyną rzeczą, jaka została było słońce, które nie świeciło już tak mocno jak dawniej, ale Wiktor pocieszył się, że przynajmniej świeci.
Na ulicach było pusto i cicho. Pierwsze, co przyszło chłopcu do głowy, to myśl o odnalezieniu choćby jednej osoby, która opowiedziałaby o wydarzeniach z przeszłości i o sytuacji panującej obecnie na świecie. Wiktor chodził nie tylko po głównych ulicach Nowego Jorku, ale też zapuszczał się na jego obrzeża. Nawet po długich, kilkugodzinnych poszukiwaniach nie znalazł żadnych oznak życia. Po całym dniu ciągłego ruchu, Wiktorowi zaczął doskwierać głód. Według mapy, zamieszczonej na ulotce, którą znalazł kilka godzin temu na chodniku, kilkadziesiąt metrów dalej powinna znajdować się restauracja Violini. Kilka kroków spacerem i był już na miejscu. Z wielką nadzieją, że będzie mógł coś zjeść wszedł do środka. Zamiast masy kolorowych stolików i śmiejących się, rozmawiających ludzi, zobaczył…całkowitą pustkę. Nie było nikogo, ani niczego. Czego on się spodziewał? Półki były puste, a zamiast pięknej woni rozmaitego jedzenia, w powietrzu unosił się szary smog.
Przez chwilę pomyślał, że to koniec, że został ostatnim człowiekiem na Ziemi i z tym nie da się już nic więcej zrobić. Gdy tak rozmyślał nad tym wszystkim, co go dziś spotkało, litera „V”, która dotychczas wydawała mu się zwykłym nadrukiem na kostiumie, zaczęła świecić. Nie na czarno czy szaro…tylko na piękny, jasnoniebieski kolor. Pierwszy raz od rana (choć jemu samemu wydawało się, że od wieków) na tym nowym dziwnym świecie zobaczył…normalny kolor.  Wiktor pomyślał, że musi to coś znaczyć. Od razu gdy wszedł do budynku, angielski odpowiednik pierwszej litery jego imienia, zaczął się świecić To musi być związane z tym miejscem. Uważnie rozejrzał się po pomieszczeniu, ale nie zauważył niczego podejrzanego. Jedyną rzeczą, która rzucała mu się w oczy była…

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza