poniedziałek, 13 listopada 2017

DZIENNIK SNÓW



Zacząłem ten dzień jak zwykle. Zjadłem śniadanie, umyłem zęby, ubrałem się itd. Szykując się do szkoły, znalazłem swój stary zeszyt, który przerobiłem w dziennik snów. Postanowiłem że zacznę zapisywać tam sny, które, jak myślę, pomogą mi rozwiązać tę zagadkę. Będąc w szkole, nie mogłem przestać o tym myśleć.
Zapytałem się więc mojego kolegi:

- Ej, pomożesz mi?
- Nom, zależy w czym - odpowiedział. 
- Muszę rozwiać pewną zagadkę - przedstawiłem mu całą sytuację. 
- Dosyć pokręcone – odparł. - Musisz ograniczyć CS-a i inne te twoje gry - dodał szybko.
- Heh, żałosne. Jeżeli nie masz ochoty pomagać, to tego nie rób - odpowiedziałem, lecz on odszedł w głąb korytarza, cichutko pogwizdując.

Dobra, zrobię to sam - pomyślałem. Czy on nie zachowuje się dziś obco? Raczej nie, chyba - powiedziałem do siebie. Po powrocie do domu rodzice oznajmili mi, że jadę na obóz. Czekajcie, co? Czyżby mój sen się sprawdził? Dziwne... Nie stawiałem oporu, choć wiedziałem, że na tym obozie były okropne warunki. Spakowałem najważniejsze rzeczy: latarka, śpiwór, miękka poduszka i trochę jedzenia. Zaopatrzyłem się również w spreje na komary, tak na wszelki wypadek. Chyba to wszystko - pomyślałem.

Następnego dnia rankiem, wraz z rodzicami pojechaliśmy do obozowiska. Było dokładnie tak jak w moim śnie - rozwalona brama, porozrzucane śmieci, wredny opiekun oraz mały bar, w którym z nieboszczyka zdjąłem klucz.
- Trzymaj się Marek! – krzyknęła moja mama, odjeżdżając samochodem.
- Pa, pa.. – smętnie wydukałem.
- Ej ty! Chodź tutaj i nie próbuj uciekać głąbie!
Odwróciłem się, a za mną stał na oko dwumetrowy facet w ciuchach moro, z kapeluszem jak z jakichś filmów amerykańskich. Pewnie był to były wojskowy, nasz opiekun, więc wolałem nie nagrabić sobie u niego.
- Już idę, proszę pana – odparłem, przełykając głośno ślinę.
- A więc tak. O 7:00 codziennie jest śniadanie, lecz dziś go nie dostaniecie, bo zapewne zjedliście w domu.
- Ymmm. Ja nie – odpowiedział jeden z obozowiczów.
-Cisza! Nikogo to nie obchodzi – powiedział wojskowy. Wracając do tego co mówiłem, to śniadania dziś nie będzie. Obiad o godzinie 14:30, od 15:00 do 15:25 przerwa po obiedzie. Następnie o 15:30 proszę się zjawić przed ,,Karczmą Śmierci’’. O 19:00 kolacja, a następnie do 21:30 macie czas wolny, bo o 21:35 cisza nocna.
Heh, co za frajer – pomyślałem głośno.
- Chłopcze, lepiej ze mną nie zadzieraj, zrozumiano? – wrzasnął do mnie.
Następnego dnia obudził mnie dźwięk garnków czy czegoś takiego. Wojskowy Mariusz zadał pierwsze zadanie, którym było wejście na stumetrową wieżę, w której znajdowały się listy naszych najbliższych. Po ciężkiej wspinaczce odnalazłem swój list w którym było napisane:
,,Kochany Marku! Chociaż minął tylko jeden dzień, bardzo za tobą tęsknimy. Mamy nadzieję że poznałeś dużo nowych przyjaciół i dobrze się tam bawisz. Całuski – twoi kochani rodzice”. Czytając ten list miałem ochotę wrócić do domu i uwolnić się z tej nory. Po chwili wszyscy usłyszeli słowa opiekuna Mariusza rozlegające się z megafonu:
- Uwaga! Czeka was nowe wyzwanie. Musicie wejść na piętro wyżej, a tam na was będą czekać plecaki, w których znajdują się spadochrony. Ubierzcie je i zeskoczcie z wieży. Wyskakując, pociągnijcie za czerwony sznurek i ten kto pierwszy się u mnie zamelduje, dostanie nagrodę. Wszyscy się przeraziliśmy, lecz każdy chciał być pierwszy, więc pobiegliśmy robić ciąg dalszy zadania. Jako jeden z pierwszych założyłem plecak i bez zastanowienia, lecz z wielkim stresem wyskoczyłem z bardzo wysokiej wieży. Na dole okazało się, że mój najlepszy przyjaciel Antek był szybszy o parę sekund od wojskowego Mariusza. Usłyszałem, że Antek jako nagrodę dostał złotą kostkę do gry, chociaż mi to wyglądało na zwykły klocek. Wieczorem Antek w namiocie powiedział mi że swoją nagrodę podaruje siostrze Amelce na gwiazdkę. Ciekawe, co przyniesie jutrzejszy dzień...

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza