środa, 15 lutego 2017

Instrukcja znikąd

 
 
Nie wiem, po ilu godzinach się obudziłem, ale miałem tak zesztywniały kark od leżenia w kącie sali, że zacząłem tęsknić za pryczą na wojskowych obozach. Ze wspomnień wyrwał mnie dźwięk telefonu, który wwiercał mi się w mózg. 
Po chwili usłyszałem niski głos jednego ze sterydowców.

- Halo?
- …
- Jesteśmy teraz zajęci. Mamy ,,gościa”.
- …
- Sprężcie się!
- …
- Spotkajmy się pod fontanną, tą, co zwykle.

Usłyszałem, jak moi oprawcy po kolei wychodzą z nory i zamykają właz.

Byłem bardzo zestresowany i czułem, jak od płynącego mi po twarzy potu zaczynam dostawać wysypki. Całą twarz miałem w czerwonych, okropnie swędzących krostach. Do tego ten cholerny parciany worek tak śmierdział naftą, że było mi już niedobrze. Jeszcze chwila a zwariuję. Lecz jakoś musiałem się stąd wydostać. Spróbowałem powoli wstać, lecz nogi odmówiły posłuszeństwa. Zmusiłem się do jeszcze jednej próby i udało mi się oprzeć o pobliskie krzesło. Poczułem, jak porwany worek zaczepił o wystający z krzesła gwóźdź. Jedno szarpnięcie i w końcu mogłem swobodnie oddychać. Teraz jeszcze tylko kwestia rąk… Rozejrzałem się dookoła siebie i na chwilę straciłem wiarę w to, że uda mi się uwolnić. Wtedy przypomniałem sobie o gwoździu, za który zahaczyłem workiem i stwierdziłem, że może uda się drugi raz. Nie poszło tak łatwo, trwało to zapewne dłuższą chwilę, miałem już obtarte nadgarstki, ale w końcu… Udało się!

Miałem wolne ręce, ale coraz mniej czasu. Nie wiedziałem przecież, jak daleko znajduje się miejsce spotkania. Czy zdążę przed ich powrotem? A jeśli nie? Co mnie czeka?

Rozglądałem się nerwowo wokół, szukając sposobu wyjścia z tej nory... Nic... Myślałem, że cały świat sprzysiągł się, żeby uniemożliwić mi ucieczkę, gdy - jak za sprawą czarodziejskiej różdżki - usłyszałem kobiecy głos dochodzący zza drzwi do innego pomieszczenia. Nie zauważyłem ich początkowo, ponieważ skupiłem się na włazie do podziemnej kryjówki. Podbiegłem do miejsca, z którego dochodził głos i nachyliwszy się, zajrzałem przez dziurkę od klucza. Nic nie widziałem, lecz zdołałem usłyszeć imię - Ludmiła. Przez małą szparę wleciała karteczka na której ujrzałem instrukcję:
  1. Gdy się ściemni, podejdź pod właz i czekaj, aż z dziury spuszczę linę.
  2. Pociągnij za nią trzykrotnie.
  3. Po chwili otworzę właz.
  4. Odsuń się i poczekaj, a ja podam Ci drabinkę.
  5. Resztę opowiem ci, kiedy się spotkamy.
Pod spodem  ktoś dopisał drukowanymi literami:
ZNISZCZ LIST.

Czytałem uważnie tę wiadomość, nie bardzo wiedząc, o co chodzi i zastanawiając się, kim jest ta tajemnicza kobieta. Doszedłem do wniosku, że na razie nie będę się na tym skupiać i poczekam, aż się ściemni. Schowałem instrukcję do wewnętrznej kieszeni - cóż więcej mogłem zrobić? Bałem się podjąć jakieś konkretne działania, bo nie wiedziałem, kiedy wrócą moi oprawcy. Czas dłużył się okropnie. Nagle usłyszałem ludzkie głosy. Wywnioskowałem, że byli to dwaj mężczyźni. Starałem się podsłuchać ich rozmowę, ale mówili zbyt cicho. Słyszałem zbliżające się kroki… Ktoś stanął przy drzwiach. Podsunąłem się pod nie. Jeden z mężczyzn zajrzał w dziurkę od klucza, po czym powiedział zbulwersowany:

- Nie ma go!

Drzwi szybko się otworzyły, a ja zobaczyłem wysokiego chłopaka, na oko osiemnastoletniego. Spojrzał na mnie z ukosa, po czym szepnął szybko:

-Nie widziałeś mnie tu. Pamiętaj o instrukcji! - po czym szybko zamknął drzwi i jego cień zniknął. Potrzebowałem chwili, aby przeanalizować sytuację. Koniec końców jedynie westchnąłem. Wyjąłem ponownie karteczkę z instrukcją i jeszcze raz przeczytałem. Pozostało mi jedynie czekać.

~(*)~

W końcu nadeszła godzina stosowna, aby księżyc zaczął wznosić się na sklepienie. Podekscytowany podszedłem do włazu. Czekałem z niecierpliwością na spuszczenie liny. Nagle usłyszałem szczęk zamka. Szybko odsunąłem się od wyzierającej dziury. W drzwiach pojawiła się tajemnicza postać...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz