niedziela, 15 stycznia 2017

Pułapki losu


-  Dawno się nie widzieliśmy, Posejdonie.
Na dźwięk swojego imienia bóg mórz gwałtownie się odwrócił i jego oczom ukazała się osoba, której by się tutaj nigdy nie spodziewał.
- Afrodyta! - krzyknął cicho bóg mórz.
- Ciii - bogini przyłożyła palec do ust Posejdona. - Tutaj nazywam się Karolina Phantomhive.


- Co ty tutaj robisz? - spytał zaskoczony obecnością Afrodyty Posejdon, lecz nie usłyszał odpowiedzi.
Postanowił w końcu dowiedzieć się, kto będzie jego przeciwnikiem. Gdy odnalazł swoje przybrane imię na tablicy, ruszył w kierunku stołu rozgrywek. Czekając na swoją kolej, zajadał się ciastami, które tam wystawiono. Melba z bakaliami była wyborna.
Kiedy nadeszła jego kolej, poczuł przypływ adrenaliny, która napędziła go do rozgrywki. Szybko zajął swoje miejsce, podobnie jak  jego przeciwnik, który nazywał się Sage Ammore.
Zaczęła się zacięta rywalizacja. Mijały godziny, przeciwnicy kończyli z płaczem. Jednak w końcu nadszedł ten wyczekiwany przez wszystkich finał, do którego doszli Posejdon oraz
nie kto inny tylko sama Afrodyta!
Zdziwienie zagościło na twarzach obojga. Wiedzieli, że ktoś musi przegrać. Zasady były proste, ale czy aby prawdziwe? Śmierć? To pojęcie wydawało się bogom nie do końca jasne, a zesłanie do Tartaru było jak pułapka, jak pajęczyna oplatająca ciało…
-  Cholera! Że też musiałeś tu przyjść! - zaczęła zdenerwowana Afrodyta. - Ty i te twoje pomysły… Nie mogłeś poczytać jakiejś książki, czy coś?! Zawsze…
- Pffff, odezwała się - nieoczekiwanie przerwał jej Posejdon. - A czy ty nie mogłaś zostać i zajmować się drzewami albo kwiatami? - ciągnął bóg wody.
- No dobra, przepraszam - odrzekła bogini ze skruchą, spoglądając na tłum gapiów czekających na finał. Popatrzyli na wydające przeciągły dźwięk urządzenia, przypominające duże telefony. Po chwili przyszła wiadomość, wyglądająca jak faks:

KASYNO BLACK LOTUS, 23 listopada
Finaliści!
Nadeszła dla Was chwila, na którą czekaliście. Zmierzycie się w ostatecznej bitwie, która wyłoni zwycięzcę. Nagrodą jest oczywiście spotkanie z bogiem! Proszę również nie zapominać, co czeka osobę, która przegra. Wszystkie szczegółowe instrukcje przekaże wam mój pomocnik, który zapewne zmierza właśnie w Waszym kierunku. Pamiętajcie o zasadach obowiązujących w naszej grze. Życzę szczęścia i nie mogę się już doczekać zwycięzcy naszej pierwszej rundy!
Z pozdrowieniami,
Dyrektor kasyna

I stało się tak, jak przeczytali. Podszedł do nich wątły mężczyzna w podeszłym już wieku, ubrany w dziwaczny surdut z błyszczącymi guzikami,  który wytłumaczył im zasady ostatniego etapu. Był inny, niż pozostałe etapy. Nie trzeba było używać siły, tylko intelektu i sprytu.
Oboje zawodnicy dostali klucz z główką w kształcie jabłka.
- Pamiętajcie- zaczął mężczyzna - musicie być sprytni. Idźcie po śladach.
- To co? - bogini piękna uśmiechnęła się krzywo. - Rundę pierwszą czas zacząć.
Posejdon w zamyśleniu pokiwał głową, po czym dodał:
-  W co my się wpakowaliśmy... - i odwzajemnił uśmiech, po czym krzyknął do zebranych - Widowiska zakończone, możecie iść do domów.
Bogowie przepchnęli się przez zebranych wokół widzów, nie przejmując się ich niezadowolonymi jękami. Rozglądali się po całym kasynie. W rozległym, niedoświetlonym pomieszczeniu nic nie przykuwało uwagi. Kilka osób przy ogromnym stole grało w pokera, inni pochłonięci byli grą w ruletkę.
- Uważaj! - krzyknęła Afrodyta.
Posejdon schylił się w ostatniej chwili. Strzała świsnęła mu tuż nad głową. Bogowie spojrzeli w stronę, w którą poleciała strzała. Jej grot utkwił w drzwiach kasyna. Na strzałę było nadziane świeże, ociekające sokiem zielone jabłko.
- Spójrz -  Posejdon wskazał na kształt jabłka na kluczu, który trzymał w ręce - Oto nasza wskazówka. Musimy wyjść z budynku.
I tak zrobili. Podążając za śladem, mierzyli się wzrokiem, prowadząc dziwny, niemy dialog, niezrozumiały dla otaczających ich ludzi. W pewnym momencie bóg skinął do partnerki w niedoli, wskazując potężne drzewo na placu przed kasynem.
- Byłoby to bardzo dziwne, gdyby ta ogromna jabłoń nie była  miejscem, którego szukamy  - stwierdził bóg mórz.
Podeszli więc bliżej do drzewa, i zaczęli przeszukiwać okolicę.
-To wy jesteście finalistami? - poszukiwania przerwał im dziecięcy głos.
Afrodyta i Posejdon unieśli głowy, a ich wzrok padł na chłopca, siedzącego na gałęzi drzewa. Młody miał na sobie białą, zwiewną szatę, jasne kędziorki opadały mu na czoło, a liście okalające jego postać szamotały się na wszystkie strony, mimo bezwietrznej pogody.
- Musicie postępować wedle moich poleceń - rzekł chłopiec.
Jego słowa, jakby ze świstem prześlizgiwały w powietrzu. Chłopiec, nie czekając na odpowiedź, uniósł trzymaną na kolanach starą księgę i zrzucił ją na ziemię. Wydął policzki, po czym dmuchnął. Powstały wiatr przewrócił kilka pożółkłych kartek. Oczom bogów ukazała się ilustracja, przedstawiająca żółwia.
-To tyle z mojej strony - chłopiec zwinnie zeskoczył z drzewa, i puścił się biegiem przed siebie.
- Hej! - krzyknął za nim Posejdon - Kim jesteś, mały?
Chłopiec przystanął, obrócił ku nim swoją jaśniejącą twarzyczkę.
-Eol - chłopiec uśmiechnął się, ukazując rzędy białych ząbków. - Bóg wiatru.
Młodzieniec pobiegł dalej. Afrodycie i Posejdonowi nie pozostało nic więcej, jak szukać dalej.
Ponownie przyjrzeli się drzewu. Na jego korze był wyryty symbol żółwia, dokładnie taki sam, jak na ilustracji w księdze.
- Jakim cudem wcześniej go nie spostrzegliśmy? - wykrzyknęła Afrodyta, na co Posejdon wzruszył ramionami.
Symbol krył w sobie coś więcej. Na środku żółwiej skorupy była dziurka od klucza.
- Kto by się spodziewał - wymamrotał Posejdon, wpasowując klucz z jabłkiem w otwór.
Gdy tylko bóg mórz go przekręcił, w drzewie momentalnie otworzyły się drzwi. Popatrzyli na siebie. Nie mieli innego wyjścia, jak wejść do środka.
Gdy tylko przeszli przez próg, znaleźli się w niewielkim pokoju, jaki tworzyło wnętrze drzewa.
- Czy ty widzisz to, co ja widzę? - wybełkotała kompletnie zbita z tropu Afrodyta.
- Jeżeli widzisz tu szachownicę... - odpowiedział równie zdezorientowany Posejdon. - To też to widzę.

Manolin, a właściwie - Posejdon - zamilknął. Po długiej chwili Wilkomir odważył się wydobyć z siebie głos.
- Szachy? - zapytał. - Naprawdę graliście w szachy?
Manolin zasępiony pokiwał głową.
- Przegrałeś? - bardziej stwierdził niż zapytał.
Powoli opuścił głowę. Wzrok utkwił gdzieś w pustce, tak jakby przed oczami wciąż miał obrazy tamtych chwil.

- Nie - rzekł powoli. - Nie przegrałem. Ja po prostu dałem jej wygrać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz