niedziela, 6 listopada 2016

Tatuaż


Bohaterowie wyruszyli w podróż. Byli zdani tylko na siebie i niewiele mieli: różdżkę, namiot, łuk, tasak i trochę prowiantu. Szli już dość długo, kiedy zauważyli mroczny las, do którego nie mieli ochoty wchodzić. Nie mieli jednak wyjścia, musieli zdobyć się na odwagę albo podróż wydłużyłaby im się o kilka godzin.

Z obawą zbliżali się do pierwszych pokrzywionych drzew, gdy nagle Ven zaczął krzyczeć - zobaczył gigantyczną pszczołę, która bzyczała im nad głowami. Ari szybko wyciągnęła różdżkę. Zaczęła rzucać na potwora rozmaite zaklęcia, niestety nic nie podziałało. Wtedy owad przemówił:

“Dajcie mi coś do jedzenia, nie mam czym wykarmić ula!”.

Ven po chwili pomyślał, że mogliby dać pszczole kwiat, który Ari miała we włosach. Dziewczyna bez wahania rzuciła kwiat w górę. Pszczoła pochwyciła go i odleciała. Ze skrzydeł owada posypał się na nich srebrny pyłek, który wniknął w różdżkę i topór. Przyrządy zamigotały przez chwilę, zaraz jednak wyglądały tak, jak dotąd, a bohaterowie nie dostrzegli nawet tego dziwnego zjawiska.

Ari bardzo bała się przejść przez tą tajemniczą puszczę. “Boję się tego lasu, ale wiem, że nie ma innej drogi”- pomyślała Ari. ”Mam łuk i różdżkę, Ven ma tasak” - pocieszała się. Weszli do lasu i wydawało im się, że słyszą szepty, dziwne odgłosy. Szli bardzo długo, a las nie miał końca. Postanowili rozbić namiot i rozpalili ognisko. Udało się to głównie dzięki czarom Ari. Nocą Ven miał pilnować obozowiska. Wstydził się powiedzieć Ari, że się boi. Czuł w tym lesie jakieś złe moce. Z drugiej strony jednak nie chciał martwić wiernej mu towarzyszki. Właściwie przeszli razem dość dużo. Głupio by było czynić z niej kłębek nerwów. Ari ułożyła głowę na miękkim, lnianym kocu położonym na leśnej trawie. Odważny Ven wyszedł wtedy ostrożnie na zewnątrz. Chciał dla swej wygody zebrać kilka kępek mchu, aby podłożyć je sobie pod głowę. To był właśnie ten moment, gdy stało się coś, co wprawiło chłopaka w jeszcze większe zdenerwowanie. Dla bezpieczeństwa koleżanki, ba, można by lepiej powiedzieć towarzyszki, odsłonił skrawek wejścia do namiotu. Nastolatka leżała z rozpuszczonymi włosami niby nieżywa, choć jej pierś unosiła się nienaturalnie szybko raz po raz. Van wlepił w nią oczy.

- AAAAGRH! - wrzasnął i upadł na ziemię.

Jego głos nie zbudził jednak młodej wróżki. Spała spokojnie. Przed oczami Vena stanął obraz, który już niegdyś miał okazję oglądać. Znów ta tajemnicza zakapturzona postać, która pojawiła się w ułamku sekundy poprzedniego dnia, gdy razem z Ari lustrowali szybko wojowników. Tajemnicza, zakapturzona postać. Czerwona peleryna spadała jej aż na ziemię. Stała tuż przed nim, przed wielkim dębem, spod którego miał zerwać mech. Nie było widać jej twarzy. Strój był tak mocno naciągnięty, że Ven rozpoznał w tej sylwetce kobietę.

- Siódmego dnia, zanim zajdzie słońce, będziesz mój, kocmołuchu wiejski! - zaskrzeczało widmo i wybuchnęło szyderczym śmiechem. - Ta twoja nędzna pseudo-przyjaciółka również trafi w moje szpony i obu was czeka zgon!

Po tych słowach młodzian pobladł ze strachu i o mało nie upadł na leśną ściółkę. W tym momencie zjawa rozpłynęła się, a utworzony z jej ciała siwawy płomień przeniknął do wnętrza wielkiego dębu, a następnie promieniście umknął w bok. Prastare drzewo gwałtownie się ożywiło i rozdziawiło swą paszczę z dziupli. Zionęło wiatrem na wystraszonego kawalera, który mimo mięśni i inteligencji, którą zwykle można było wyczytać z jego twarzy, wydawał się teraz być bezbronnym oseskiem. Podmuch przeniósł Vena o kilka ścieżek dalej. Stał teraz na pustym wręcz polu pełnym kamieni. Otaczały go ze wszystkich stron, tworząc znany młodemu wędrowcowi z opowieści ojca Księżycowy Krąg. Rozejrzał się. Spojrzał w górę na wpół otwartymi oczyma. Zobaczył pełnię księżyca i srebrny snop światła spływający na niego. Upadł na kolana i jęknął bezgłośnie z bólu. Z pleców zaczęła mu bluzgać czarnym strumieniem krew. Nastolatek ściskał się i zwijał. Trwało to może kilka chwil. Snop przesunął się lekko w prawo i zatrzymał się przy jednym z głazów Księżycowego Kręgu. Świetlisty słup rozszerzył się i utworzył niewielkie jeziorko z przejrzystą niczym lustro taflą wody. Ostatkiem sił, pewien wielkiego skaleczenia Ven zdjął lnianą koszulę i odłożył na paprocie rosnące obok. Zrobił krok w przód i odwrócił się. Natychmiast w “lustrze” zauważył to coś, co zostanie zapewne koszmarem na dalsze dni jego żywota. Co prawda, strumień gorącej krwi zniknął, nie pozostawiając najmniejszej blizny, a zamiast niej na plecach chłopca widniał granatowo-czarny tatuaż przedstawiający ognistą kulę. Ven mimo odwagi, dał się ponieść lamentowi i rozpaczy. Wtem zachwiał się i wpadł do jeziora wewnątrz własnej wizji.

***

Obudził się leżąc na mchu w namiocie obok śpiącej Ari. Gorączkowo zastanawiał się, jak się tu znalazł. Teraz przydałyby się jego przenikliwe oczy lustrujące otoczenie. Czy aby na pewno wszystko jest jak należy? Nie! Na nadgarstku Ari pojawił się ten sam tatuaż. Dlaczego? Dlaczego!? Ven szarpnął się gwałtownie, wyczołgał się ponownie z namiotu i zobaczył brzozę rosnącą nieopodal. Stał przed nią i już miał otworzyć usta, gdy ta, jakby czytając w jego myślach, zrzuciła z listków pył maskujący. Ven zebrał go do skorupki orzecha znalezionej naprędce w kieszeni i wrócił do namiotu. Potarł pudrem dłoń Ari. Po tym położył głowę na mchu i szybko zasnął ze zmęczenia.

***

Mimo strachu i niepokojących mar nocnych Vena, dla Ari noc minęła całkiem spokojnie. Rankiem podróżnicy pozbierali wszystkie swoje rzeczy i ruszyli w dalszą podróż. Ven stwierdził, że nie będzie się tym przejmował i powie Ari o tym, co zaszło, długo, długo potem. Nagle usłyszeli, że przemawia do nich wiatr:

“Idziecie złą drogą. Natkniecie się na wielkie niebezzzzpieczeństwoooo...”.

Ari i Ven przestraszyli się, ale szli dalej. Dotarli do wielkiej skały z wyrytym obrysem dłoni. Dziewczynka przyłożyła rękę we wskazane miejsce. Nagle usłyszeli dźwięk, jakby coś przewiercało się przez skały. Okazało się, że to wielki, kamienny kret, który bardzo głośnym, niskim głosem powiedział, że ten, kto wyrzuci na drewnianej kostce do gry więcej niż 4 oczka, przejdzie dalej przez ten tunel, a ten, kto wyrzuci mniej, zginie.

Najpierw rzucił Ven, wypadło mu 5 oczek i przeszedł dalej. Potem rzuciła czarodziejka i wypadły równo 4 oczka. Zrozpaczona spojrzała na kreta, a ten pozwolił powtórzyć jej ruch. Poturlała kośćmi i wypadło 1, a wtedy zwierzę rzuciło się na nią. Ven zawrócił z drogi w tunelu i zaczął bronić dziewczyny, wymachując swoim tasakiem. Wtedy nadleciała znajoma pszczoła. Kret spojrzał w górę i szybko wrócił do swojej skały. Pszczoła znów obsypała ich srebrnym pyłkiem i odleciała. Tym razem pyłek wniknął w ich dłonie, które rozjarzyły się różową poświatą, lecz po chwili znów wyglądały jak dawniej. Bohaterowie spojrzeli na siebie, skonsternowani, następnie zerknęli w stronę tunelu. Czuli, że coś z jego wnętrza ich przyciąga, dlatego przestali się opierać. Tunel zdawał się nie mieć końca. Nietypowe ściany o spiralnych brzegach zdawały się napierać na nich.

Zmęczenie dawało o sobie znać, gdy nagle Ven poczuł, że wchodzi w coś mokrego. Okazało się, że to był brzeg jeziora. Ven rozglądał się, zadziwiony. Jezioro znajdowało się wewnątrz góry. Chłopiec podchodził jak zahipnotyzowany i dotykał ciemnozielonych pni drzew, które przypominały mu dziko powykrzywiane paluchy unieruchomionych gigantów. Przesuwał palcem po omszałej korze, z której osypywały się porosty i wpadały do oleistej cieczy, którą wypełnione było jezioro. Wiedział jednak, że muszą iść dalej, dlatego raz za razem spoglądał w oczy Ari, która po chwili odwróciła głowę i niespiesznie taksowała wzrokiem dziwną przestrzeń. Na koniec chłopiec zobaczył, jak czarodziejka wzrusza ramionami, wzdycha, po czym spokojnym głosem proponuje, żeby zbudowali tratwę. Ven ściął tasakiem chudsze drzewa i wspólnie złączyli je w tratwę przy pomocy magicznych pnączy. Raz za razem zanurzali kawałek kłody w gęstej cieczy, dzięki czemu nie bez trudu dopłynęli do brzegu po drugiej stronie jeziora. Udało im się złapać nawet dwie smoliste ryby w czasie przeprawy. Ven zastanawiał się, czy będą w stanie je zjeść nie bez szkody dla siebie, kiedy dostrzegł chytry uśmiech Ari. Zdawało się, że dziewczyna usłyszała jego myśli (zapewne potrafiła tego dokonać jako wróżka), bo machnęła energicznie swą szczupłą dłonią, wymruczała coś pod nosem i w jednej chwili brudno-smoliste stworzenia przemieniły się w połyskujące w mdłym świetle karpie.

Kiedy nocą zmęczeni chcieli rozbić namiot, Ven odkrył, że został on poszarpany podczas walki z kretem. Nocą... Ven rozglądał się po nietypowej przestrzeni. Bura, nieprzejrzysta mgła spowiła górne partie miejsca, w którym się znaleźli. Chłopcu trudno było oszacować, czy wydobyli się już z wnętrza na jakieś bliżej nieokreślone zewnętrzne. Popatrzył zasmucony w oczy Ari, szukając w nich odpowiedzi. Dziewczyna ponownie wzruszyła ramionami, irytując tym nieco potwornie rozbitego Vena.

Postanowili znaleźć inne schronienie. Ari wykorzystała różdżkę, by rozświetlić teren. Wtedy chłopak zauważył budowlę, która bardzo przypominała piramidę.

- Wchodzimy? - zapytała Ari.

- Nie wiem. To może być niebezpieczne - odpowiedział jej Ven.

- To dobre schronienie. Sprawdźmy.

- No to naprzód!

Nie bez obaw weszli ostrożnie do środka.

***

Pradawna świątynia wyglądała strasznie. Było tam bardzo ciemno i cicho. Nasi bohaterowie ciągle wpadali na dziury w podłodze i wielkie, gęste pajęczyny. Na wszystkich ścianach znajdowały się tajemnicze runy. “Te napisy opowiadają o bardzo groźnych smokach” - przetłumaczył w myślach Ven. Na końcu korytarza, którym szli, coś się poruszyło. “Oby to nie był smok. Oby to nie był smok…”- powtarzała sobie w głowie Ari. Ven poszedł przodem, ponieważ zauważył przerażony wzrok dziewczyny. "Czyżbym przepowiedział sobie zagładę i klęskę?" - zdążył uchwycić swą myśl, gdy nagle zza rogu wyskoczył wielki, czerwony potwór z kilkoma bliznami na ciele. Ari i Ven wyciągnęli broń. Kiedy kowal rzucił tasakiem, gad zaczął ziać ogniem tak gorącym, że broń roztopiła się w locie. Wtedy czarodziejka zaczęła rzucać zaklęcia. Niestety, te odbijały się od grubych, wielkich łusek. Nie miała też wielkiej wprawy w używaniu takich czarów. Przerażeni, rzucili się do ucieczki. Potwór zaczął ich gonić. Uciekinierzy zagłębili się w mroczne, nieznane korytarze, które zdawały się być nieskończenie długie.

- Masz jakiś pomysł?- wydyszała przez ramię Ari.

- Nie, a ty? - krzyknął Ven.

- Może... Słuchaj, ty odciągniesz jego uwagę, a ja przygotuję pułapkę - rzuciła w jego stronę, odwracając się nagle i przerażając go bardziej swoimi wytrzeszczonymi oczami, które odbijały blask płonącego wlotu korytarza, tym samym zmieniając swój kolor na krwisto-złoty.

- Ok - szepnął Ven.

Na skrzyżowaniu dziewczyna skręciła w inny korytarz. Zauważyła, że na jego końcu są drzwi. Kiedy je otworzyła, znalazła pomieszczenie, z którego pospiesznie zabrała kilka przedmiotów. W tym czasie Ven ciągle uciekał przez tunele. Nagle usłyszał: “Schyl się!” Chłopak postąpił według instrukcji i “przetoczył się” pod linką, którą na szczęście zauważył. Smok człapał tuż za nim. Dyszał, potrząsając groźnie łbem, z tego powodu nie dostrzegł zasadzki, potknął się na rozciągniętej przez Ari linie i upadł. Głośno zaryczał, z jego strasznych oczu popłynęły łzy. Ari zrobiło się go żal. Okazało się, że pokiereszował skrzydło. Już nie wydawał się ani groźny, ani straszny. Przypominał bezbronnego pieska, którego ktoś zamknął w obcym miejscu i doprowadził do szaleństwa. Pozwolił Ari do siebie podejść i opatrzyć zranienie.

Po tej przygodzie dzieci oswoiły smoka (przydały się do tego świeże ryby) i postanowiły, ze polecą z nim do muru, w którym ukryta była księga. Wznosili się ponad światem pełni nadziei i szczęścia. Mroczna przestrzeń pozostała daleko pod nimi i z tej perspektywy nie wydawała się wcale groźna. Rozbawiło to Vena tak silnie, że zaczął na zmianę chichotać i pogwizdywać. Wiatr wpadał im raz po raz we włosy. Mijały godziny, a znużona podrożą Ari upadła na smocze cielsko i zapadła w sen. Właściwie nie wiadomo, czemu przyśnił jej się Ven i tajemnicza zakapturzona postać. Potem w jej głowie zrodziła się wizja Księżycowego Kręgu i okropnego ciemnego tatuażu szpecącego każde ciało. Ari zerwała się w swym śnie i dojrzała na nadgarstku zarys tego samego kształtu, który poprzez moc koszmarów utkwił w jej bujnej wyobraźni. Nagle otoczyła ją skądś znajoma biała para. Był to duch matki. Kobieta w obawie o córkę przybyła z zaświatów. Wzięła w swe przejrzyste i delikatne ręce księgę zaklęć i rzuciła na dziewczynę zaklęcie zapomnienia. Potem zniknęła, wtapiając się w kłęby obłoków. Ari i Ven, na równi nieświadomi późniejszych losów, opadli na ciepłe łuski smoka, pogrążyli się w marzeniach i uśmiechnięci leżeli teraz, trzymając się za ręce. W ich głowie zrodziły się nowe, pełne pięknych idei przeżycia. Im więcej ich powstawało, tym mocniej mieszały się z prawdziwymi doświadczeniami nastolatków. Coraz silniejsze imaginacje zacierały przeszłość, mieszały informacje, pozostawiały po sobie chaos szaleństwa i dezorientacji. Tak, szaleństwo i niepamięć mogły dawać szczęście i mogłoby to uchronić bohaterów od zbliżającego się niebezpieczeństwa. Cóż to byłoby jednak za życie bez przeszłości, w nieusuwalnym obłędzie? Ciepło smoczej skóry powstrzymało destrukcję, którą sprzeczne czary - widma i matki - starały się dokonać w umysłach Vena i Ari. Ich dłonie zacisnęły się, a ryk smoka wybudził dzieci z letargu.

***

Dłoń wróżki, przyłożona do grzbietu smoka, pozwalała na czerpanie z prastarej mocy zapomnianych dawno zaklęć. Smocza siła wypełniała dziewczynę tak mocno, że końcówki jej włosów unosiły się i sypały iskrami. Różdżka sama kierowała bezwładną dłonią Ari, kreśląc mapę i naprowadzając bohaterów na odpowiedni kurs. Do muru ze snów i widzeń. Do muru z przepowiedni i ostrzeżeń. Do muru, który w końcu udało się im dostrzec naprawdę. Pożegnali się wtedy ze smokiem. Postanowili odszukać wieżę, o której przeczytali w pamiętniku. Nie wierzyli w jej istnienie, a mimo to wyłoniła się ona na wzgórzu w całej okazałości. Gdy wdrapali się na jej dach, tam Ari zauważyła właz. Weszli przez niego do niewielkiego pomieszczenia, w którym znajdował się stół, krzesło i stara skrzynia. Po pokoju były porozrzucane mapy. Czarodziejka podbiegła do skrzyni. “Tam na pewno jest księga magii, ale potrzeby jest klucz do kłódki” - pomyślała Ari. Obydwoje zaczęli przeszukiwać pokój. Znaleźli tam nóż, mały miecz, suchary i butelki z jakimś płynem. Wtedy Ven wpadł na pomysł, by sprawdzić, czy coś nie jest ukryte pod stertą map i innych papierów. Zagrzebał się w nie po czubek głowy, a po chwili wrzasnął triumfalnie i wyciągnął w górę zaciśniętą dłoń. Rzeczywiście, znalazł tam klucz, który idealnie pasował do dziurki w kłódce. Chłopak wyjął ze skrzyni encyklopedię czarów i podał dziewczynce. Ari czuła, że trzeba się spieszyć. Otworzyła księgę...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz