sobota, 15 października 2016

Dogme


- Panje Gałaunzka! Panje Patriku! - dało się słyszeć donośny głos o dość nietypowym akcencie, wydobywający się z głębi korytarza.

“To niezwykle miłe ze strony tutejszych Egipcjan, że nauczyli się specjalnie dla mnie podstaw polskiego”, pomyślał Gałązka i otworzył szeroko drzwi.

I dobrze postąpił, bo do pokoju weszła gwałtownie kobieta, nazywana przez niego w wyobraźni Pauliną, taszcząc ze sobą wielką walizkę, a właściwie dość dziwnie wyglądającą torbę. Nici z planowanej randki!


- Din dobra! - powiedziała “Paulina” i postawiła na fotelu swoją własność. - Ja w sprawłe pływatej.

Po tych słowach otworzyła z trzaskiem torbę i wyjęła z niej gruby słowik o tytule “Polish & Me” oraz zeszycik z notatkami zakreślanymi kolorowymi markerami.

- Chciałam pokazać panu, co potraufe powiedec po polsku! - rzekła, borykając się językowo, a jednocześnie co chwilę nerwowo i teatralnie dotykając czoła. Zaaferowana, przez niedopatrzenie, niedokładnie domknęła swą torbę, dlatego po chwili wszystko się z niej wysypało. Zawartość podobna była do kufra pełnego różnych bibelotów, mieniącego się tysiącem różnobarwnych kolorów. Sprytne oczy Patryka dostrzegły wśród nich paczkę czegoś bardzo dziwnego. Niestety, nie mógł on domyślić się, co to, jest bo napis na wierzchniej części był w obcym języku. Korzystając z pośpiechu swego niezapowiedzianego gościa, zerwał z marynarki wizytówkę i nakreślił na niej szybko kilka znaków widocznych na opakowaniu. Po chwili, gdy Paulina (och, ta Paulina o imieniu jak sen...) opanowała się, otrząsnęła jakby z zamyślenia i skoordynowała swoje nielogiczne ruchy, zdecydowała się o całej sytuacji opowiedzieć mu łamaną polszczyzną. Zaczęła od zawiłości z grubsza mówiąc na temat tego, jak nauczyła się języka i czy Gałązka mógłby trochę opowiedzieć jej o gramatyce, jeśli oczywiście ma czas. W ten sposób detektywowi minęło dobrych kilka godzin na nauce polskiego.

Było późne popołudnie, gdy niezaplanowana lekcja się zakończyła. Detektyw miał niejasne wrażenie, że ta sytuacja została zainscenizowana jak w teatrze. Głosząc z powagą o niezachwianych zasadach składni polskiej, kątem oka taksował najpierw figurę, a następnie nieświadomie podrygujące ramiona obcej mu w zasadzie kobiety. Była zdumiewająca w swej gestykulacji. Najpierw kuliła ramiona jak żółw, by następie, niczym niespodziewany, letni grom wystrzelić rękami w górę, by wskazywać nieznane słuchaczowi obszary magicznych, tylko przez nią rozpoznawalnych znaczeń. Domniemywał, że to rozpoznanie sekretów deklinacji tak silnie ją podnieca. Nie dostrzegał fałszu w ekscytacji i rozbieganych oczach swej słuchaczki. Wydobywała wtedy, zdawało się, garściami złote monety zasad językowych sprzed czasów i zatapiała się w melodii swego odczarowanego głosu niczym w tęczy, ponownie artykułując wyrazy. Jej skrzydlate słowa, jak migotanie przedwiecznej pszczoły, objaśniały niedefiniowalne znaczenia, które swym wirowaniem zmierzały do próby nazwania sekretów świata.

"Jak wspaniale układają się jej usta", myślał Gałązka, "gdy z takim zaangażowaniem wymawia banalne wyrazy w języku polskim! Nie przypuszczałem, że słodycz warg może tak odczarować słowa: ziemniak, miednica, skarpety, szmatka, czy chusteczki."

Przy tym ostatnim zawahała się na niedostrzegalny moment. Rozbiegane oczy nagle zerknęły na detektywa z podejrzliwością, której on sam nie dostrzegł. Rozważał w swym sercu sytuację swej "uczennicy", która - jak mu się zdawało - nie miała dokąd pójść ze swą przeogromną potrzebą kształtowania umiejętności z języka polskiego. Czy wystarczyłoby jej zatrzepotać rzęsami niczym motyl, by zawładnąć wolą Gałązki oraz magicznie rozprzestrzenić swą tożsamość? Powinna wiedzieć, że w świecie ma prawo wyłącznie do zatracenia się w akceptacji, ponieważ magnetyczne skojarzenia i tworzony przez nią bunt był jednostkowym piskiem, niedosłyszalnym. Jakąż jest chwila? Czy to nierozłączny, a zarazem różny bodziec znaczeń, jak zmierzające na odsiecz konie Kastora i Polluksa? Czy komunikaty, rozpoznawane w odmienny sposób przez kobietę i Gałązkę, znajdą się wspólnie gdzieś, w bezczasie?  Czy ten moment wdrążyć się zdołał w podświadomość z pozoru racjonalnego i statecznego Detektywa?

Napomniał sam siebie, otrząsał z myśli natrętnych. by nie stracić twarzy. Przecież to tylko szybki zarobek. Jemu do życia potrzebne jest szybkie rozwiązanie ważnej sprawy przypominające wypowiedź na agorze. Kajanie się winnego - tego pragnął, a nie fantazmatów miejscowej dziewki. Rozpostarł gwałtownie ramiona i, postępując krok na przód, przerwał potok bezładnych i nielogicznych słów, płynących od jakiegoś czasu z ust (przepięknej swoją drogą) "Pauliny".

- Do widzenia, proszę pani! Chciałbym jeszcze tylko spytać, czy nie jest pani chora, bo coś blado pani wygląda - protekcjonalnie zagadnął Gałązka, patrząc na nią z udawaną troską.
- To... zwykuy ból głowy, jestem lekko przemeunczona! Och, przeprauszam, muszem iść na ważne spotkanji! Do widuzueni! - rzuciła krótko kobieta i zanim zniknęła, skręcając za rogiem tajemniczego korytarza, okręciła się połową ciała i rzuciła niby od niechcenia - Na imieu mi Meredith.

Gałązka śledził jej oddalające się plecy, które zniknęły w mroku korytarza, jakby nigdy nie istniały. Rozsmakował się we wspomnieniu karminowych ust. "Cóż", pomyślał detektyw, "przynajmniej stanowi to odmianę względem rutyny poprzednich moich zadań."

***

Zapis, mimo że dokonany nagle i w nienaturalnych okolicznościach, nie mógł pozostać nierozszyfrowany. Gałązka, spacerując po okolicy, postanowił pójść do pobliskiego tłumacza, by sprawdzić, co oznaczają tajemnicze słowa z paczki. Dopytując się naokoło miejscowych o drogę, dotarł w końcu do celu.

- Hmmm… - zamyśliła się pani Obeh, tłumaczka - to po arabsku oznacza "jasny brąz". Nie widzę w tym nic tajemniczego - uśmiechnęła się znacząco kobieta.
- Ach, no tak. Dziękuję w każdym razie za pomoc. Już późno, nie będę przeszkadzał. Do widzenia! - powiedział detektyw i skierował się w stronę białego budynku, czyli hotelu “Wottrini”.

Gdy dotarł na miejsce, było już po szóstej. Pierwszy luźny dzień za nim. Na wszelki wypadek jednak Patryk sprawdził w internecie, czy rzeczywiście niezrozumiały napis nie znaczy czegoś więcej. Może będzie to stratą czasu, ale - jak to mawiał sam Gałązka - każdy szczegół prowadzi powoli do wielkiego odkrycia.

“A niech to, mam automatycznie ustawioną przeglądarkę egipską! No nic, będę posługiwał się angielskim!” - pomyślał i zabrał się za szukanie.

***

Czterdzieści minut później, znużony już wyświetlającym bzdury ekranem komputera, Gałązka przeszukiwał ostatnie linki. Nagle przed oczami stanęła mu strona główna amerykańskiego sklepu “Kivintiss”. Szybko przeczytał opis sieci. Oto co zobaczył:

“Drogi internauto, witaj w sklepie online sieci Kivintiss. Oferujemy Ci bogatą listę kosmetyków własnej produkcji, które eksportujemy m. in. do Hiszpanii, Rosji, Japonii i wielu krajów arabskich. Mamy nadzieję, że wśród nich znajdziesz również coś dla siebie. Miłego wyszukiwania!”

W następnej chwili detektyw obserwował szeroką gamę maści wszelkiego rodzaju, olejków, proszków, kul do kąpieli i wiele innych. Szperając tak do późna, zatracił się w tej czynności, a jego oczy skleiły się i detektyw zasnął bez wzięcia obowiązkowego prysznica, nad ekranem włączonego laptopa.
Nie wiedział, że przeoczył coś, co miało w tym zamieszaniu duże znaczenie. A właściwie była to jedna mała rzecz, jeden kosmetyk, który wielokrotnie powtarzał się w ofercie zagranicznej drogerii. Chusteczki samoopalające.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza