Spałem tej nocy wyjątkowo niespokojnie. Rzucałem się przez sen i kilkakrotnie wstawałem, by napić się wody. Przez całą noc myślałem o karcie pamięci, którą znalazłem w mojej taksówce, zastanawiałem się, czy to wszystko jest tak niesamowite, na jakie wygląda. Stojąc kolejny raz przed oknem patrzyłem w hipnotyzującą otchłań nocy… Miałem mieszane odczucia. Z jednej strony pragnąłem prawdziwej przygody, to był mój żywioł. W takich momentach czułem, że żyję. Coś podpowiadało mi też, żeby trzymać się swojego obecnego spokojnego i ustatkowanego życia: taksówka, praca, obiad, telewizja, sen. Wydawało się, że wdepnąłem w sam środek jakiejś tajnej afery. Poczułem mrowienie w kręgosłupie. Złe przeczucie… Coś mi mówiło “Nie pchaj się w to, stary, tylko wpadniesz w tarapaty”. Zamknąłem oczy i na chwilę odpłynąłem… Wróciły strzępy wspomnień, dym, strzały, poczucie bezradności. Znowu leżałem wśród ciał żołnierzy, znowu ktoś krzyczał moje imię i znowu nie mogłem się ruszyć. Paraliżowała mnie myśl o tym, że mógłbym znaleźć się ponownie w takiej sytuacji. Nie chciałem nikogo narażać. Długo leżałem na łóżku, wpatrując się przez otwarte okno w gwiazdy między ciemnymi chmurami.
Moje myśli przerwał hałas, wywołany dobijaniem się kogoś do drzwi. Byłem pewien, że ten gość chciał mnie przyprawić o zawał serca. Nerwowo wstałem i pognałem do drzwi, prawie wyrywając je z zawiasów.
- No co jest!?
- Wstawaj, a nie leżysz. Przygoda czeka! - krzyknął uradowany Skarabeusz.
- Żarty sobie robisz?
- Nie, czemu?
- Jest piąta rano… - odparłem zrezygnowany, zmęczony nieprzespaną nocą
- E kto rano wstaje temu…
- Życie ustaje…
- Serio?
- Nie. Właściwie i tak nie mogłem spać.
- Okej, trzeba brać się do roboty - kumpel zaczął rozglądać się po mieszkaniu.
- Tak, tak, uuuaaaaa - ziewnąłem przeciągle i również przyjrzałem się swojej chacie.
- No to, opracowałem budowę tego statku podwodnego. Myślisz, że ma to coś wspólnego z tym znikaniem, a raczej porzucaniem statków na środku morza?
- Myślę, że jest to prawdopodobne - wydawało mi się, że stary druh czyta mi w myślach.
- A ja jestem pewien w 100%, w pliku jest folder, w którym są zawarte treści tajne, gdzie mają się odbyć kolejne połowy oraz czesania wody w poszukiwaniu ryb. Czyli po prostu plan doskonały, wszystko jest z góry zaplanowane, albo ktoś zna się na sprzęcie lub ma władzę w mieście. Wtedy na pewno jest prościej, bo ma wszystkich na smyczy na swoich zasadach. No, do rzeczy. Chodzi im o nowoczesne części, które są wbudowane w łodzie pływackie, dzięki temu mogą niezauważeni przekraczać granicę wroga, pewnie chodzi o jakąś grubą akcję. Udało mi się ustalić gdzie będą posyłane kolejne statki. Czyli… - zawiesił teatralnie głos.
- Czyli…? - powtórzyłem bezmyślnie.
- Czyli już wiemy, co będziemy robić w najbliższym czasie.
- A dokładniej?
- Wyruszamy nad wschodnie koryto rzeki Rawka, jest tam wieża widokowa, możemy się w niej zaszyć i obserwować z ukrycia, co się dzieje.
- Hm, no niezły pomysł - ucieszyłem się, że nie muszę kombinować planu z samego rana.
- Tak, dziękuję, zajęło mi to… z dwadzieścia minut.
Tak, wiem, nie jest zbyt skromny, dobrze chociaż że znał się na rzeczy.
- Okej mam jeszcze parę przedmiotów które nam się przydadzą podczas tego tajnego śledztwa. Noktowizor, latarka, szkło powiększające, przebrania, buty które nie zostawiają śladów, broń, tylko tak na wszelki wypadek i miętówki, jakby któryś z nas zębów nie umył.
- Okej! to teraz… - złapałem jego entuzjazm.
- Czekamy do godziny dwudziestej dwadzieścia.
Siedzieliśmy więc spakowani, grając w gry na konsoli,w planszówki i nawet strzeliliśmy partyjkę w karty. Nadeszła w końcu upragniona godzina, przygotowaliśmy się, wyszliśmy i znowu siedzieliśmy w miejscu - czekaliśmy na statek rybacki. W wieży, w której właśnie przebywaliśmy, wszystko było widać jak na dłoni. Dojrzeliśmy most całkiem blisko miejsca połowów.
- Idziemy ? - rzuciłem niby od niechcenia.
- Jeszcze pytasz, pfh..
Poszliśmy na miejsce zaobserwowane z góry, ułożyliśmy się w wysokiej i czekaliśmy na statek podwodny.
- Feliks...Coś nadpływa, weź noktowizor - szepnął Skarabeusz.
Tak, mam na imię Feliks, tak jak mój dziadek i pradziadek. I niech nikomu nie przejdzie nawet przez myśl nazywanie mnie Felkiem! Feliks. Tylko i wyłącznie.
Wziąłem zatem ten jakże przydatny w tej chwili przedmiot, noktowizor i obserwowałem zaistniałą sytuację.
- Jak na razie spokój...
Nagle zaczął padać deszcz i błyskawice rozświetliły niebo.
- Ups..
- Ugrh...
- Patrz! - krzyknął Skarabeusz.
- Co?!
- Tam, widzisz? Jakby płetwa grzbietowa!
- Rzeczywiście! - próbowałem przekrzyczeć poczynającą sobie coraz odważniej burzę.
Obserwowaliśmy w napięciu powierzchnię wody, próbując domyślać się, co się tam dzieje. Jacyś goście weszli na statek, chyba porwali ludzi, nie widziałem dokładnie, ale na pewno mieli związane ręce i worki na głowach. Stanąłem, by lepiej widzieć. Zobaczyli mnie. Cholera!
- Oni mają broń!! W nogi! - wrzasnąłem i chwyciłem plecak.
Podnieśliśmy się i biegliśmy ile sił w nogach, tuż za sobą słyszałem ciężkie sapanie kumpla. Wtem padł strzał, ogłuszony hukiem zamknąłem na chwilę oczy.
- Aaaaa, kurde, dostałem!- usłyszałem przeraźliwy krzyk towarzysza.
Odwróciłem się i zobaczyłem stojącego w miejscu Skarabeusza. Jego plecak leżał na ziemi. Upadła mu też lornetka.
- Stary, dasz radę iść?- popatrzyłem na nogawkę przyjaciela, była ona przesączona krwią.
- No chyba muszę.. - zrobił krok, po czym syknął z bólu.
Bez namysłu wziąłem go pod pachę i nie zważając na jego krzyki dociągnąłem go do samochodu. Z piskiem opon odjechaliśmy. Marzyłem, aby to wszystko zakończyło się jak najszybciej. Miałem jednak coraz gorsze przeczucia...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz