środa, 14 września 2016

Pogromca heretyków



powieść historyczna


Noc była chłodna i mroczna. Las, wzdłuż którego Decimus jechał, wydawał się nieskończenie długi. Było w nim coś przerażającego, coś co mówiło, że jeśli choć trochę do tego miejsca się zbliżysz, to zginiesz w jego ciemnościach lub co gorsza - znajdziesz się w paszczach okropnych bestii, które się tu kryją.

Mężczyzna raz jeszcze spoglądnął na księżyc zakryty chmurami. Gwiazdy nie rozświetlały nieboskłonu. Cichy wiatr delikatnie zaszumiał w liściach drzew. Niby było przyjemnie, a jednocześnie przerażająco. 
Droga, którą mężczyzna zmierzał, coraz trudniejsza i cięższa się stawała. I choć Decimus był wytrzymały, to ten dzień wyczerpał nawet jego siły i hart ducha . 
Na dodatek - tuż po zachodzie słońca - jakiś rzezimieszek drogę mu zastawił. Łapczywie spoglądał na jego sakwę, w której pobrzękiwały złote i srebrne monety. Nie zastanawiając się długo, z konia zszedł, miecz z pochwy wyjął i jednym szybkim ruchem pozbawił złodzieja ręki. Cichą wieczorową porę przeszyły głośne krzyki bólu, które później w lekkie pojękiwania się przerodziły, aż w końcu całkowicie ustały.

Teraz czuł, że po jego czole spływać poczynają gęste krople potu trudem dnia wywołane.
Wiedział, że musi przystanąć, czuł się niezmiernie znużony.
Wreszcie, w ciemnościach oczy jego ujrzały migające światło świec. To miejsce zdawało mu się znajome. Po chwili już wszystko wiedział. Przypomniał sobie, że kiedyś już tu był. 

- Kiedy to się wydarzyło? - zastanawiał się przez chwilę. - Pewno już z dziesięć księżyców minęło, odkąd miałem tu do załatwienia kilka spraw... 

Zdecydowanym ruchem przywiązał konia do drewnianego, przekrzywionego kołka. Tuż przed wejściem siedzieli na ziemi lekko podpici wieśniacy, niektórzy z nich spali pod drzwiami, więc trudno mu było przedostać się do środka.
Kiedy wreszcie pokonał przeszkody, stanął w karczmie pełnej ludzi - rycerzy, kilku wieśniaków i bogatych panów. Rozglądać się zaczął za wolnym miejscem przy stole. Nim je znalazł, przypatrywał się wnętrzu, które kiedyś miał już okazję obaczyć. Na ścianach wisiały, jak wówczas przepięknie zdobione, ręcznie malowane talerze. Poza tym wystrój karczmy nie był bogaty. Przeniósł wzrok. W kątach i na suficie dostrzegł kilka długich, ale jakże misternie wykonanych pajęczyn, które pracowite pająki musiały tworzyć przez parę dobrych miesięcy. Stał właśnie obok stołu, do którego podchodziła barmanka miód jednemu z rycerzy niosąca. Przypomniał sobie, że i on napiłby się złotego napoju, jednakże tak bardzo był wycieńczony, że natychmiast o pokój poprosił. Najszybciej jak mógł, zawołał na karczmarza, położył na jego dłoni monetę i nic nie mówiąc, do wskazanego mu pomieszczenia poszedł. Przekręciwszy kluczyk w drzwiach, ułożył się na łożu. Nawet nie wiedział, kiedy zasnął. 
Obudził go głód. 
Jakowoż nie mógł w takim stanie pokazać się ludziom. Jego odzienie było zakurzone, a pozycja, jaką zajmował, nakazywała wręcz dbałość o szatę. Szybko wyciągnął ze skórzanego worka swój płaszcz. Okrył się nim i tak przyodziany wkroczył do sali. Pomieszczenie oświetlało kilka potężnych świeczników. Usiadł na pierwszej wolnej ławie stojącej tuż obok kontuaru, a karczmarz wnet podał mu wieczerzę. Dostojnie wyglądający mąż wkrótce poczuł na sobie wzrok innych. 

Bo Decimus był jednym z tych bardziej surowych inkwizytorów. Urodził się w Rzymie, w którym nie brakowało heretyków do tępienia. Liczył sobie około 30 wiosen. Byłby bardzo przystojnym mężczyzną, gdyby nie szpetna blizna przez jego policzek przechodząca. Najbardziej niesamowite były jego oczy. To właśnie przez nie wyrobił sobie opinię największego pogromcy heretyków. Błękitne, świdrujące duszę i ciało decydowały o tym, czy przeżyjesz, czy skończysz, paląc się żywcem na stosie. 

Teraz uwagę biesiadujących przyciągał jego długi, czarny płaszcz, brązowym krzyżem - znakiem rozpoznawczym inkwizytora ozdobiony. Wystarczyło, że ktoś go zobaczył, od razu schodził z drogi Decimusa. Nasz bohater nosił przy sobie długi jednoręczny miecz, a w sakwie przypiętej do pasa, miał bezpiecznie ukrytą świętą księgę. Biblia i miecz to było jego całe życie. Decimus był osobą, którą niektórzy bożym ostrzem nazywali, ale nieliczni, czyli głupcy albo ludzie niemający nic do stracenia, przeklinali i określali złem wcielonym. Osób, które obrażały inkwizytorów, było bardzo mało, ponieważ u każdego budzili grozę. Wystarczyło, że powiedziałbyś słowo za dużo, a w następnej chwili obudziłbyś się na stole katowskim, jęcząc z bólu, gdy kat z ciebie pasy by zdzierał. Niewielu było takich, którzy z własnej woli zechcieliby skrzyżować swój miecz z ostrzem miecza pogromcy.

Wnet podszedł do niego nieznajomy mężczyzna, który siedział w kącie karczmy i czas już jakiś wzroku od niego nie odrywał. 

-Witam cię panie - przemówił z wolna. - Jaka to rzecz na takie pustkowie cię przywiodła? Dawno tak znamienitego gościa tu nie było.
- Z wyprawy wracam - rzekł niezbyt przyjemnym głosem Decimus, który nie lubił, gdy ktoś głowę jego osobą sobie zaprzątał.
- Panie, nie oburzaj się - odparł nieznajomy. - Zwą mnie Lucjusz i podobnie jak ty, prawa bożego strzegę. A kilka dni temu trafem przedziwnym zdołałem się dowiedzieć, że zmierzasz traktem wiodącym do Rzymu. Domyśliwszy się, że w tej gospodzie się zatrzymasz, czym prędzej tutaj przybyłem i ciebie oczekiwałem.
- Uczciwość ci patrzy z oczu - rzekł Decimus, bacznie przyglądając się młodzieńcowi - Mówże szczerze, jaką sprawę masz do mnie.
- Miłościwie panujący Papież Innocenty dwunastu inkwizytorów, niczym apostołów nasz Chrystus, po ziemi rozesłał. Pobliska wioska czarciej magii pełna, stare baby urokami rzucają i wiarę naszą obrażają. Spalmy to miejsce obłudy dla większej chwały Chrystusowej. Czarcie więzy już tej krainy więcej plątać nie będą. Młody jestem, więc będę niezmiernie rad, gdy dopomożesz mi swą szlachetną osobą. Od mistrza się uczyć to wielki honor.
- Przekonująco powiadasz, zatem na twą prośbę przystanę. Nim świt nastanie, w drodze już będziem, bo czas nas nagli...

cdn. ...

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza